PARADISE LOST pochodzi z Halifax, z zachodniego Yorkshire, gdzie zaczynał u schyłku 1987 roku jeszcze jako MORBIUS składający się z duetu głównych kompozytorów Nicka Holmes'a ( vocal, bass ) i Gregora Mackintosha ( gitara ). Na perkusji wspomagał ich Matthew Archer. W tamtych czasach żaden z powyższych nie grzeszył nadzwyczajnymi umiejętnościami muzycznymi, ale najważniejsze było to, iż mieli w sobie wiele samozaparcia... Halifax to niezbyt duże miasteczko, żeby nie powiedzieć mieścina. Typowo angielska pogoda, bo jakiej można by się spodziewać w środkowej Anglii ? Wąskie uliczki biegnące wzdłuż domków pogrążonych w ciszy. Mogłoby się wydawać, że tu nikt nie mieszka, że te wszystkie domy stoją od dawna puste. Ale nie! Z jednego z pobliskich budynków dobiegają dźwięki burzące harmonię spokoju...Szesnastoletni chłopak siedział w swoim pokoju wsłuchując się w muzykę, która pochłonęła go bez reszty. Po chwili zorientował się, że choć jego oczy utkwione były w książce, tak naprawdę przestał czytać ją już kilkanaście minut temu, a jego myśli były gdzieś daleko, poza tym pomieszczeniem. Błądził w swoim własnym wyimaginowanym świecie. Czy to muzyka sprawiała, że chciał się wyrwać z tego przygnębiającego pokoju i wkroczyć w życie bardziej kolorowe ? To był piątkowy wieczór, a może sobotni ? Kto pamiętałby o takich szczegółach ? Dla niego ważne było, że za chwilę opuści mieszkanie i pójdzie spotkać się ze swoimi kolegami. Tam w klubie będzie jeszcze głośniej, będzie mógł posłuchać muzyki i pogadać z kumplami. Nawet nie zdawał sobie sprawy, że już za kilka godzin, późnym wieczorem spotka kogoś, kto stanie się jego nowym przyjacielem i odmieni jego dotychczasowe życie. I ...Od dawna marzyło mu się założenie kapeli, ale nawet przez myśl mu nie przeszło, że bas, na którym grał w domu, zostanie już niedługo wykorzystany w nowopowstałym zespole...





Pewnej nocy, gdzieś w zakamarkach siedemnastowiecznej Anglii tylko w jednej z wielu kamienic można było dostrzec blask palących się świec... to ślepy starzec o niemej twarzy kończył dzieło swego życia - jego synowie spisywali krok po kroku, każde słowo płynące z jego ust - nawet On Milton nie przypuszczał wtedy, że cztery wieki później inspiracja Rajem Utraconym, pozwoli pewnemu człowiekowi odszukać sens swego życia...





Nick Holmes wspomina wieczór spędzony pewnej nocy w pubie : - "Początki Paradise Lost to spotkanie z Gregiem. Byłem w pewnym klubie, a uściślajac w toalecie tegoż klubu, ha, ha... Kurcze, stałem i myłem ręce, kiedy zobaczyłem gościa, który miał na koszulce logo Kreatora. Myślałem, że to jakieś przywidzenie, ale później okazało się, że koleś był prawdziwy. Kiedy opuściliśmy tamto miejsce, podszedłem do niego. Musiałem przecież poznać kolesia, który słuchał Kreatora. Może to niektórych zdziwi, ale kilka lat temu nikt u nas takiej muzyki nie słuchał, a spotkanie osoby, która kojarzyłaby jakąkolwiek nazwę zespołu metalowego, graniczyło niemalże z cudem. Kilka dni później spotkaliśmy się ponownie. Zaczęliśmy włóczyć się po okolicy. Greg zapoznał mnie ze swoimi kolegami. Oni mieli własną "paczkę". Wszyscy trzymali się razem, wszyscy słuchali podobnej muzyki. To właśnie w tej grupie poznałem Matta Archer'a, Aarona Aedy i Stephena Edmondson'a. Naszym głównym zadaniem w tamtym okresie było bieganie za skinheadami, przesiadywanie w pubach, a po powrocie do domu słuchanie pożyczonych kaset." Tak rodził się Paradise Lost, który za oficjalną datę swej działalności przyjął marzec 1988 roku. Wówczas żaden z członków kapeli nie mógł pochwalić się czymś wyjątkowym. Greg i Aaron grali na gitarach od roku. Staż Matta za bębnami wynosił sześć miesięcy, zaś Nick jako wokalista posiadał doświadczenie niemalże ...zerowe ! Jednak próbom nie było końca. Wtedy ich największymi inspiracjami były głównie dokonania Kreatora, Celtic Frost, Candlemass, Black Sabbath i kilku formacji o charakterze typowo undergroundowym jak np. Morbid Angel, czy Repulsion.



MIEJSCE W KTÓRYM DORASTAŁ NICK HOLMES




MIEJSCE W KTÓRYM DORASTAŁ GREG MACKINTOSH




LOST PARADISE: Zanim zdążyli cokolwiek nagrać, otrzymali propozycję wylansowania się na żywca… pod warunkiem, że sami za ten lans zapłacą. 23 czerwca 1988, Bradford, klub „The Frog and Toad”, występ w towarzystwie Acid Reign i Re-Animator. Aaron Aedy dobrze pamięta ten wieczór: „Kolega organizował koncert zespołów punkowych w pobliskim klubie. Zaproponował nam udział w nim, a my niefrasobliwie zgodziliśmy się. Graliśmy wówczas razem od trzech miesięcy i praktycznie nie mieliśmy żadnego utworu. Naprawdę skleciliśmy około 15 minut muzyki i wystąpiliśmy”. Paradajsi po raz pierwszy weszli do studia w grudniu 1988 roku, aby zarejestrować tam swoje pierwsze demo – „Drown in Darkness. Na taśmie znalazły się dwa utwory – tytułowy oraz „Internal Torment”. Był jeszcze „Morbid Existence”, ale ostatecznie został pominięty ze względu na słabą jakość nagrania. Muzyka brzmiała surowo, a mimo to w ekspresowym tempie zwabiła, zdobywającą coraz większe uznanie, wytwórnię Peaceville Records. Szybko doszło do podpisania wiążącego cyrografu. Aby dać przedsmak debiutanckiej płyty, młodzi gniewni zdecydowali, że za zarobione pieniądze z pierwszej „garażówki”, nagrają jej następczynię. Legendarna „Frozen Illusion” została zarejestrowana 13 maja 1989 roku. W jej skład wchodziły trzy utwory – tytułowy, opowiadający o człowieku umierającym w szpitalu dla umysłowo chorych, „Paradise Lost”, będący konspektem myśli samobójcy oraz sugestywny już w tytule „Internal Torment”. W ciągu pierwszych tygodni rozeszła się w ponad 100 egzemplarzach - ów wynik dał 3 miejsce na liście najlepszych dem w opiniotwórczym „Metal Forces”. Fanziny rozpisywały się na temat Paradise Lost z uznaniem przyznając najwyższe noty. Dzisiaj utwory z "Frozen Illusion" ( "Paradise Lost", "Internal Torment" ) uważane są za klasyki gatunku... Pochlebne recenzje podbiły wzrastającą popularność zespołu, który wciąż nie miał żadnego wydawnictwa na oficjalnym rynku. Zmieniło się to po umieszczeniu na składance „Vile Vibes” utworu „Internal Torment II” i wypuszczeniu dziewiczego, oficjalnego materiału. Pierwszy krążek, nazwany przewrotnie „Lost Paradise”, nagrano w ciągu tygodnia, w iście spartańskich warunkach Academy Studios. Aaron Aedy: „To był koszmar. Nagrywaliśmy w studio, które wyglądało jak korytarz - w jednym końcu konsoleta, a w drugim my. Żebyśmy się tam zmieścili, trzeba było wynieść z sali pianino, bo Matt nie zgodził się przenieść perkusji do piwnicy. Cały czas musieliśmy włączyć z echem”. Mimo mało luksusowych warunków, Paradise Lost już na początku dał się poznać jako twór oryginalny. I to nie tylko od strony dźwiękowej. Młodzi, wówczas jeszcze uczęszczający do szkół, twórcy zasłynęli z posępnej sesji zdjęciowej na cmentarzu, na której frontman paradował w koszulce Confessora, z wegetarianizmu oraz z niekonwencjonalnych wypowiedzi Holmesa, które stały się werbalną wizytówką zespołu. „Lubię cmentarze. Podoba mi się ich chicha i napięta atmosfera. Przebywam często na cmentarzach i czytam napisy nagrobkowe. Tam nikt ci nie przeszkadza i tu masz swój własny spokój”. Słowa adekwatne do obrazków, promujących debiut, wydany w lutym 1990 roku. Muzyka go wypełniająca była intrygującą mieszanką deathowej brutalności z doomowymi klimatami. Przekorna odpowiedź na ówczesne wyścigi „śmiercionośnych” maratończyków; słuchaczy rozjechały wolne, walcowate tempa, utkane z ciężkich, nisko nastrojonych gitar. Do tego growling i mroczna atmosfera. Niewątpliwie album okazał się przełomem na metalowej, zwłaszcza brytyjskiej, scenie, ujawnił nowe możliwości i rozwiązania. Nic więc dziwnego, że akcje grupy szybko wzrastały - także dzięki krótkiej trasie koncertowej po Wielkiej Brytanii, a pod koniec 1990 roku po Europie wraz z Autopsy. Pozycja została ugruntowana epką „In Dub”, na której znalazły się zremiksowane wersje „Rotting Misery” i „Breeding Fear”. Wzrokowcom podarowano video „Live Death”, z koncertem, odbytym w 1989 roku w Bradford. Wspaniale było dorastać w rytmach Paradise Lost. Nieco starsze pokolenie szczycić się może odkrywaniem Led Zeppelin, czy Deep Purple, ale początek lat 90-tych miał swój niepowtarzalny urok i nikt temu nie zaprzeczy. Jak ktoś stwierdził kilka lat później : - "już na pierwszej płycie Paradise Lost można było dostrzec zalążki ich późniejszego geniuszu..."





GOTHIC: Nie trzeba było długo czekać na kolejny krok. Wygnańcy z Raju wiedzieli, że muszą kuć żelazo, póki gorące. W marcu 1991 roku na rynku pojawił się album „Gothic”, który wywołał jeszcze większe niż jego poprzednik zamieszanie. Nagrany, podobnie jak debiut, w Academy Studios, przy współpracy Hammy’ego (szef Peaceville) stał się olbrzymim krokiem naprzód, rewolucją nie tylko w karierze Paradise Lost, ale w też w dziejach metalu. Grupa połączyła brutalność, gitarową ciężkość, growlingi z partiami orkiestralnymi, z kobiecymi wokalami, z niepokojącym klimatem. Nick Holmes: „Sisters of Mercy i Celtic Frost robiły na nas takie wrażenie, że postanowiliśmy zrobić coś, co choć trochę przypominałoby nasze ulubione formacje. Aaron Aedy dodaje: Wszyscy słuchaliśmy Candlemass, Celtic Frost i Sodom. Pomyśleliśmy sobie, że nikomu jeszcze nie przyszło do głowy, aby połączyć elementy stylistyk tych kapel. To wtedy chcieliśmy zrobić. Potem Celtic Frost wydał „Into the Pandemonium” i to już był totalny szok i dopływ energii”. Pochodząca z 1992 roku Encyklopedia Muzyki Heavy Metalowej (oryginalna nazwa „Who’s Who In Heavy Metal”) podaje, że kapela była pod silnym wpływem Napalm Death, Obituary i Death. Gregor bez skrupułów dementuje owe rewelacje: „Kto choć raz słyszał Paradise Lost, wie, że to kompletna bzdura. Jeżeli już mówimy o inspiracjach, to powinna się tam pojawić nazwa Celtic Frost. Nic więcej nie mam do dodania”. Jednogłośnie przez wszystkich podkreślony „celtycki” odnośnik odcisnął mocne piętno na ich wyobraźni. Ale nie tylko. Na pytanie o muzyczne fascynacje, panowie, poza wspomnianym bożyszczem, jednym tchem wymieniali Candlemass, Trouble, Saint Vitus, a jednocześnie, już wówczas, śmiało wspominali o brytyjskiej ekstraklasie gotyku, także o GGFH, Dead Can Dance czy Danzig. „Gothic” niewątpliwie zainspirował wiele młodszych grup, dając początek nowej death/doomowej i „klimatyczno” metalowej estetyce. Przyznać trzeba, że do nazwy dobrano idealną okładkę; czerń i ogniste fragmenty jakiegoś mrocznego obrazu. Czar prysł, gdy okazało się, że nie jest to wycinek pozaziemskiego świata, a po prostu... fragment koszuli Matta Archera. „W środku jest zdjęcie kapeli bez głów. Spójrz na osobę z prawej strony - powiedzmy w połowie jej wysokości. Teraz odwróć książeczkę do góry nogami. To na co patrzysz, to obrazek z okładki”. Rajscy chłopcy byli przygotowani na najgorsze. Wiedzieli, że proponowana przez nich muzyka jest czymś świeżym, ale nowość zawsze niesie ze sobą ryzyko. W tym przypadku jednak odwaga okazała się nieocenionym strzałem w dziesiątkę. Można zaryzykować tezę, że gdyby nie ta płyta i jej odbiór, Hammy nie zainwestowałby w kolejne, ówcześnie wschodzące gwiazdy angielskiej sceny – z My Dying Bride i Anathemą na czele. Sam łowca talentów zresztą to potwierdza: „Gothic” wykreował Peaceville. To był olbrzymi krok milowy i wielka inspiracja dla nowopowstających kapel. Nie trzeba było czekać długo na efekty. Wiele kapel zaistniało po to, by zabrzmieć, jak Paradise Lost”. Oczywiście nie obyło się bez trasy koncertowej („The March of the Cross”), podczas której panowie zdobyli nowe rzesze fanów. Ale nie tylko słuchaczy rajskie dźwięki usidlały coraz bardziej. Paradise Lost porzucił twarde, nieociosane dźwięki i podążył ku muzyce bardziej przemyślanej i dojrzalszej, choć w dalszym ciągu utrzymanej w ciężkiej formie. "Gothic" przyniósł takie perły jak "Eternal", "Gothic", "Silent", czy "The Painless". Najbardziej docenione dzieło dziesięciolecia rozbrzmiewało echami opuszczonych katedr w gotyckiej ciemności rozmiękczanej strofami smutku. Wielkie dzieło, dla którego do dzisiaj nie istnieją jakiekolwiek bariery czasu! To był album, które przeszedł najśmielsze oczekiwania nie tylko muzków. Śmiały pomysł połączenia ciężkości i brutalności ekstremalnej muzyki z melodiami, melancholią i tajemniczym klimatem dał początek całej fali stylistyczno-muzycznej, inspirując wiele młodych grup. Gotycką mroczność materiału podkreśliły chropowate wokalizy Nicka Holmes'a, który wyrastał na jednego z najlepszych deathowych wokalistów. Album "Gothic" jasno sprecyzował muzyczną opcję Paradise Lost : charakterystyczną i niespotykaną. Bezpośrednio z ukazaniem się "Gothic" zespół wyruszył na pierwsze prawdziwe europejskie tournee.





SHADES OF GOD: Rok 1992 w karierze Paradise Lost to przede wszystkim zmiany - zarówno muzyczne jak i formalne. Po wydaniu „Gothic” wygasł kontrakt z Peaceville Records – wytwórnia, widząc ogromny potencjał w grupie, chciała go odnowić, jednak sami zainteresowani otrzymali już inne oferty – w tym od Music For Nations, z którą postanowili się związać. Z perspektywy czasu decyzja ta okazała się niewątpliwie słuszna, gdyż odtąd działania Paradise Lost nabrały prawdziwego rozmachu. Nagrany pod wodzą nowego producenta Simona Efemeya, ozdobiony okładką autorstwa Dave’a McKeana, trzeci długograj „Shades Of God” zaskoczył fanów, identyfikujących Raj z doomowo/deathowymi klimatami. Po raz pierwszy wykorzystano tu elementy akustyczne, pojawiają się też nawiązania do heavy metalowego grania, wciąż jednak wyczuwa się depresyjny nastrój, a i doom metal nie poszedł w odstawkę. Dostojeństwo tego krążka raziło mrokiem, a okładka namalowana przez autora komiksów, przynosiła wyobrażenia o innych wymiarach ludzkiej egzystencji. Właściwie to dopiero na tej płycie Anglicy bez dodatkowych upiększeń dotknęli korzeni tego nurtu. Gregor Mackintosh: „To powrót do energii wczesnego Black Sabbath i Judas Priest. Nie chcieliśmy kolejnej płyty z orkiestracjami i żeńskimi wolakami - w zespole jest tylko pięciu facetów. Po okresie eksperymentowania, wracamy do źródła. To oczywiście nic nadzwyczajnego usłyszeć w metalowym zespole inspiracje latami 70., ale my połączyliśmy to z akustykami, potężnymi riffami i mroczną, depresyjną atmosferą. Zawarliśmy tutaj całą możliwą definicję prawdziwego metalu, pozostając przy tym wciąż rozpoznawalnym Paradise Lost”. Najbardziej jednak zaskoczyły wokale - jeszcze nie do końca obdarte z „charczącej” maniery, ale na pewno sugestywnie zapowiadające okres „normalnego” śpiewania. I ten album prezentuje Paradise jako twór jedyny w swoim rodzaju, jako twór coraz pewniej kształtujący swój styl – szczególnie w brzmieniu gitar i w ponurych tekstach, ozdobionych nie zawsze jasnymi metaforami. „Tematyka tekstów pozostaje niezmieniona, ich nicią przewodnią dalej jest smutek, frustracja, śmierć. „Pity the Sadness” jest o ludziach, którzy chcą popełnić samobójstwo z różnych głupich powodów, jak na przykład porzucenie przez dziewczynę. Uważam, że to jest bezsensowne, a zarazem smutne i śmieszne jednocześnie. Ten utwór ukazuje do czego mogą doprowadzić takie stany emocjonalne, jak rozpacz i samotność. Tekst „Crying for Eternity” opowiada z kolei o nekrofobii, o człowieku, który boi się śmierci - wiersz ten to obraz życia, widziany z perspektywy kogoś, komu pozostało mało czasu”. „Shades of God” podparty był należytą promocją. W jej ramach grupa zagrała m.in. w Niemczech, w Holandii na Dynamo Festival, a także dwa razy w Polsce - na „Metalmanii” i piętnastominutowy maraton w Warszawie, przerwany gazem łzawiącym. Nie obyło się bez zwiększających ciśnienie wydarzeń. Podczas pobytu w Norwegii, autobus muzyków został zaatakowany przez wojujące wówczas na tych ziemiach stowarzyszenie Black Circle. Krucjata z niewiernymi deathowcami (na celowniku znalazł się także Deicide i Therion) nie wyrządziła jednak większych szkód. Rajską pozycję ugruntowała, wydana w październiku 1992 roku, epka „As I Die”, w skład której wszedł koncertowy „Eternal” oraz dwa premierowe nagrania: „Rape of Virtue” i cover Atomic Rooster „Death Walks Behind You”. Rozgłos wzmocniły teledyski do „As I Die” i „Pity the Sadness”, dość często goszczące w ówczesnym metalowym królestwie – emitowanym w MTV programie „Headbangers Ball”. Tuż przed wydaniem kolejnej płyty, Paradise Lost po raz pierwszy udaje się na trasę koncertową do Stanów Zjednoczonych - w roli supportu dla Morbid Angel i Kreatora. Wnikliwi detektywi donoszą, że dniówka panów artystów wynosiła pięć funtów na głowę. Za Oceanem muzyka Anglików nie była przyjmowana tak owacyjnie, jak na Starym Kontynencie, sami zresztą nie ukrywali, że nie czuli się tam, jak ryby w wodzie. Oliwy do ognia dolewały zdystansowane stosunki z Morbid Angel, nad którymi wciąż wisiało widmo oskarżeń o faszyzm. Niemniej i w Ameryce muzyka Wygnańców z Raju znalazła grono wielbicieli. Po tym sześciotygodniowym tournee metalowa Europa mówiła już tylko o jednym. O ich nowym dziele.





ICON: Czwarty pełnometrażowy album „Icon” ukazuje się we wrześniu 1993 roku. Nagrany ponownie pod czujnym okiem Simona Efemeya stał się prawdziwą rewelacją na scenie. Nastrojowo był to powrót do epoki „gothicowej”, całość jednak jest bardziej gitarowa (jak poprzednik) i zarazem ciekawsza. Porównując wszystkie dotychczasowe wydawnictwa Paradise Lost nietrudno zauważyć analogię między "Icon" i "Gothic". Obydwa te albumy były tak samo nowatorskie, "hitonośne" i odbierane wręcz z frenetycznym entuzjazmem. Aczkolwiek "Icon" góruje nad swoim poprzednikiem dojrzałością kompozycji i profesjonalizmem wykonania. Niewątpliwie brzmienie "Icon" otarło się o coraz mocniej akcentowaną przez Paradise Lost perfekcyjność. Kompozycje są spójne i klarowne, choć momentami mocno rozbudowane. Klimat tajemniczy i niepokojący. Melodie przesuwają się jak w kalejdoskopie, którego ruchem kierują gitarzyści. Narodziło się nowe granie, które w rytmicznych, melodyjnych riffach niosło mieszankę radości i smutku. Tym albumem zespół zaczął prezentować coś zupełnie nowego, bardziej rockowego, coś co było bliskie absolutowi ! Nick Holmes, jak można było przewidzieć, coraz pewniej czuje się w śpiewie, narażając się na porównania z Jamesem Hetfieldem. W momencie premiery „Icon” okazał się syntezą dotychczasowych dokonań - ciężkie metalowe granie i klimatyczne melodie, do tego ten uzależniający niepokój. Ta oszałamiająca mieszanka nie pozwoliła na obojętność - zarówno ze strony słuchaczy jak i krytyków. Nie brakowało w prawdzie głosów sprzeciwu, głównie ze względu na całkowicie już ucywilizowanego piosenkarza, który zupełnie zapomniał o pierwotnych instynktach, określonych przez niego samego jako „przedludzkie nieartykułowane dźwięki”, jednak to właśnie po tym krążku Paradise Lost dołączył do panteonu ówczesnych gwiazd ciężkiego uderzenia. Pozycja umocniła się jeszcze bardziej po kolejnym wielkim tournee i wielkich letnich festiwalach - m.in. w Niemczech (na Rock in the Ring) i w Holandii. W ramach „ikonowej” promocji Raj wyruszył na trasę wraz z Sepulturą, która miała objąć także Polskę, ale ostatecznie nic z tego nie wyszło, bo służby zbyt długo kazały czekać na przekroczenie granicy. Od strony wizualnej „czwórkę” promowały aż trzy teledyski: „Embers Fire”, „True Belief” i „Widow”. Doskonałym uzupełnieniem okazała się epka „Seals the Sense”, wydana w 1994 roku z okazji dużej trasy koncertowej po Europie. To właśnie tu - obok sztandarowych „Embers Fire” i „True Belief” oraz koncertowego „Your Hand in Mine” - znaleźć można fenomenalny „Sweetness”, który szybko dołączył do repertuaru klasyków. W tym samym roku pojawia się też pierwsze pełnometrażowe video „Harmony Breaks”, zawierające przede wszystkim wyborny występ ze Stuttgartu. Ów koncert, a w zasadzie jego półgodzinny fragment, emitowany był wcześniej w metalowym królestwie MTV. Do tego obecność na składance „In the Name of Satan”, na której kapele metalowe (obok Paradise m.in. Anathema, Kreator, Sodom, Candlemass, Voivod, Nuclear Assault) coverują legendarnego Venom. Paradajsi wybrali „In Nomine Satanas”, w nagraniu wspomógł ich sam Abaddon. Aaron Aedy z kolei pokusił się o zmiksowanie „Shellshocked” z repertuaru Die Krupps. Efekt, wraz z innymi „zniekształconymi” oryginałami, można znaleźć na płycie „The Final Remixes”. Pojawiła się także, za sprawą Peaceville, epka „Gothic ep”, na której poza zawartością „In Dub”, można znaleźć dwa remiksy z drugiej w dorobku płyty kapeli. Zwieńczeniem uczty była wygrana „Embers Fire” w kategorii „najlepsze metalowe video”. Paradise Lost pokonał Sepulturę, Carcass, Megadeth i Aerosmith. W tamtym okresie panowie mieli świat u swych stóp. Wydawało by się, że po takim sukcesie w pokojowej atmosferze wejdą do studia i nagrają kolejne dzieło. Pod koniec 1994 roku dochodzi jednak do pierwszej, nieoczekiwanej zmiany personalnej.





DRACONIAN TIMES: Przed nagraniem piątego krążka, z Raju na dobre wygnany został perkusista Matt Archer. Powodem podobno był jego muzyczny zastój, brak rozwijania swoich umiejętności. Szybko jednak znalazł zatrudnienie we wspomnianym już tutaj nieraz, kultowym wówczas „Headbangers Ball”. Przed pozostałą czwórką stanęło nowe zadanie - znaleźć nowego, solidnego bębniarza. W końcu, po wnikliwych przesłuchaniach, szczęśliwcem okazał się, wywodzący się z Marshall Law, Lee Morris Już z jego udziałem w 1995 roku zarejestrowano „piątaka”. Sam Lee nie miał jednak zbyt dużego wpływu na muzykę - w chwili, gdy został pełnoprawnym członkiem zespołu, materiał był już praktycznie gotowy, a poza tym wiadomo, że ostatecznego kształtu rajskiej twórczości nadaje duet Holmes /Mackintosh. Zanim jednak materiał ujrzał światło dzienne, w maju pojawił się zwiastun - singiel „The Last Time”, zawierający, poza tytułowym nagraniem, trzy, nie osiągalne na albumie kąski – „Laid to Waste”, „Master of Misrule” oraz cover Sisters of Mercy „Walk Away”. 12 czerwca 1995 zaś pojawia się „Draconian Times”, czyli dwunastoutworowy, nieprzerwanie perfekcyjny ciąg paradajskiego geniuszu. To album nie mający słabych punktów, nie posiadający utworów reprezentacyjnych. No bo jak tu wybierać pomiędzy "Enchantment" i "Forever Failure" ? Albo "Elusive Cure" i "Once Solemn" ? Tudzież "Shades Of God" i "Jaded" ? W każdym razie jest to niemożliwe... O "Draconian Times" można by pisać długo i obficie. Można by pisać o rewelacyjnym brzmieniu. O magii buchającej z obrazu na froncie okładki. O znakomitej grze Lee Morrisa, który wypełnił lukę, jaką stworzył Matt Archer, dotarłwszy do szczytu swych możliwości. O melodiach sprawiających, że ciarki przebiegają po plecach. O filozoficznym aspekcie poezji Holmes'a. O jego wokalnym rozwoju i tym co osiągnął i prezentuje na "Draconian Times". O ścieżkach kompozytorskich Mackintosh'a. O jego grze na tym albumie. Wreszcie o tym wszystkim co składa się na geniusz i magię tego wydawnictwa. Geniusz i magia. Nie są to słowa obce dyskusjom i recenzjom twórczości Paradise Lost. Pojawiły się w kontekście innych albumów, np. "Icon". Rzecz w tym, że to nigdy nie jest ta sama magia i ten sam geniusz. Są inne. Choć nie tylko inne. Są z płyty na płytę coraz większe... Sam Draconian Times jest w pewnym stopniu kontynuacją „Icon” - podobne linie melodyczne, podobne emocje i nastroje. Tylko mniej tu ciężaru i niepokoju, za to więcej przebojowości. Mimo to (a może właśnie dlatego) to ten album rozszedł się w największym nakładzie i do dziś uznawany jest za najlepiej sprzedany. „Jesteśmy żałosnymi sukinsynami, ratującymi brytyjski heavy metal przed upadkiem” – bez ogródek, w swym rozpoznawalnym stylu, oznajmił Holmes tuż po premierze omawianej płyty. Nic więc dziwnego, że ci samozwańczy wojownicy znowu bardzo często gościli w prasie i metalowym mocarstwie Vanessy Warwick. Już nie tak ekstremalni, nierzadko robiący sobie żarty z pierwotnych, death metalowych sympatii, wciąż jednak zafascynowani gotycką elitą (co słychać na „Draconian Times”) i inną mroczą, niekoniecznie brutalną muzyką. Tradycyjnie po wydaniu nowego dzieła Brytole wyruszyli na kolejne wielkie tournee po wielu krajach Europy (m.in. udział w holenderskim „Dynamo Open Air” jako jeden z headlinerów) i nie tylko. 3 lipca ponownie zawitali do Polski, tym razem w ramach „Malboro Rockin” (Sopot), a w październiku powrócili na trzy koncerty. Promując „Draconian Times”, nie zapomnieli oczywiście wskoczyć na chwilę do studia (po powrocie z trasy po Ameryce Południowej), w celu wydania kolejnej epki - „Forever Failure. Końcówka 1995 i rok 1996 to kolejne koncerty – m.in. tournee po USA z My Dying Bride, występy w Japonii i Australii, a także pokazy przed publicznością francuską, udział w słynnym „Monsters of Rock”. I w końcu zasłużone wakacje.





ONE SECOND: Na kolejny sygnał trzeba było poczekać do roku 1997. Zanim słowo stało się ciałem, szeptano co nieco o kolejnej metamorfozie, o kolejnym przełomie. Zanim plotki znalazły odzwierciedlenie w rzeczywistości, na rynek amerykański trafiły reedycje dwóch pierwszych albumów – „Lost Paradise” i „Gothic”. Jeszcze przed wydaniem „szóstki”, w momencie pracy nad nią, 4/5 zespołu (poza Lee) uległo wypadkowi samochodowemu. Niedługo po tym wydarzeniu przez studyjną powłokę przedostają się pierwsze próbki nowej twórczości. I kolejny raz wywołują szok. Kolejny raz w karierze grupy zarysowuje się wyraźny przełom. Metamorfozę sygnalizować mogła już zmiana producenta - będącego przy grupie od czasów „Shades of God” Simona Efemeya, zastąpił Sank, z pochodzenia Szwed. Na pierwszy ogień poszedł „Say Just Words”, do którego nakręcono teledysk. Singiel wydano w dwóch wersjach - grey i blue. Zaskakiwał, ale ciągle jeszcze pokazywał Paradise Lost, jako grupę wierną gitarowym brzmieniom. Jednak wydany 14 lipca 1997 roku „One Second” zaszokował nowymi rozwiązaniami. Paradise Lost po raz pierwszy śmiało wykorzystał tu dobrobyt elektroniki. Zaserwował nam technologiczny gothic i kolejny, lecz tym razem bardzo potężny krok naprzód. Totalnie inne podejście do muzyki, nowe brzmienie, produkcja, w której wyczuwa się elementy grania elektronicznego. Zaskoczeniem były takie kompozycje jak np. "Another Day" z niskim nastrojowym wokalem, lekką gitarą i prowadzącym kawałek basem - coś zupełnie niespotykanego jak dotychczas w muzyce Paradise Lost. Albo "The Sufferer" - elektroniczny, klawiszowy początek, potem odrobina bardzo melodyjnego metalu i znowu technologiczne dźwięki samplera. Jak twierdzili sami muzycy te zmiany spowodowane były zmęczeniem materiału jakim było ciągłe gitarowe ciężkie brzmienie. Na "One Second" gitara prowadząca nie jest tak agresywna, nie wysuwa się na pierwszy plan oddając czasem pole do popisu klawiszowi, który z instrumentu do budowania tła stał się niezwykle istotną częścią muzyki Paradise Lost. Najlepszą wizytówką całej płyty jest tytułowy "One Second" - pokazuje nową twarz zespołu, a jednocześnie ma jeszcze wiele wspólnego z muzyką z czasów "Draconian Times". Podobnie jak zdecydowanie najszybsze i najbardziej gitarowe "Soul Courageous". Reszta albumu to już totalnie inne brzmienie - techniczne, samplerowe, wyczyszczone, perfekcyjne. Te zmiany miały wprowadzić zespół na zupełnie nowe horyzonty jego twórczości, udowadniając przy tym po raz kolejny, że Paradise Lost to Bogowie Gotyku... Dużo wody musiało upłynąć, aby większość fanów zaakceptowała odmieniony Raj, łudząc się, że był to jednorazowy wybryk. Z pewnością jednak, też dzięki temu krążkowi zespół zyskał sobie nowych zwolenników. Jeszcze w tym samym 1997 roku pojawiła się limitowana epka „True Belief’97”. Przeznaczona tylko na rynek francuski, zawierająca m.in. instrumentalną wersję tytułowego klasyka i jej nową odmianę. Tradycją stała się trasa koncertowa - w jej ramach Brytyjczycy po raz kolejny zahaczyli o Polskę (dwie sztuki w listopadzie). W 1998 roku poza sceniczną aktywnością, udziałem w różnych festiwalach, wychodzi singiel „One Second ep” z wcześniej niepublikowanymi nagraniami –„The Hour” i „Slave”. Ten sam rok przyniósł także inne prezenty dla fanów - Music for Nations wypuściła na rynek dwie kompilacje. Pierwsza „The Singles Collection” (przełom 97/98) to pięciopłytowy box, spajający epki, na których, jak wiadomo, panowie zawsze wstawiają nie mieszczące się na długograjach kawałki. Kolejna kompilacja „Reflection” wyszła we wrześniu, w chwili, gdy wiadomym było, że bramy Raju zamykają się dla Music for Nations. Wytwórnia, wydając ten składak, chciała uczcić barwną, dziesięcioletnią karierę Paradajsów. I faktycznie można tu znaleźć sztandarowe utwory, z którymi najczęściej są identyfikowani. Pojawia się też drugie oficjalne video „One Second live”. W tym samym roku Nick Holmes zaśpiewał gościnnie na solowej płycie ówczesnej wokalistki Theatre of Tragedy Liv Kristine Espenaes (kawałek „3AM”), a grecka Holy Records wydała trybut „As We Die for ... Paradise Lost”, na którym grupy z tej stajni (min. Septic Flesh, Nightfall, Orphaned Land) interpretują po swojemu wybrane rajskie utwory.





HOST: Na kolejny sygnał trzeba było poczekać do 1999 roku. Wskaźnikiem kolejnej metamorfozy była zmiana barw - tym razem na potężny koncern EMI. Singiel „So Much is Lost”, pilotujący siódmy krążek, wprowadził w osłupienie nawet najzagorzalszych fanów. Dopiero tutaj grupa naprawdę ujawniła elektroniczne skłonności, ryzykując porównania do Depeche Mode. Kończąc na "One Second", zespół nigdy nie stronił od zmian i rozwoju swojego unikalnego, melancholicznego i wpływowego brzmienia. Patrząc wstecz, siła Paradise Lost rosła pomimo niechęci do mediów i kreowanego przez nie obrazu. Wydany w maju, nagrany pod wodzą Steve’a Lyona (znanego właśnie m.in. ze współpracy z Depeszami) „Host”, potwierdził jeszcze mocniej owe zamiłowania, bez skrupułów wykluczając Paradise Lost z metalowej społeczności. Jak wyznaje Greg Mackintosh : - "album ten jest bardzo ciężki, lecz nie pod względem brzmienia, lecz panującej na nim atmosfery". Prasa porównuje go do dokonań takich zespołów jak New Order, czy Depeche Mode. Greg Mackintosh jednak twierdzi : - "rzecz w tym, że są to grupy elektroniczne, które zwróciły się ku rockowemu graniu. Dołączyły gitary do swojego brzmienia. My poszliśmy w odwrotnym kierunku. Jesteśmy grupą gitarową, która coraz chętniej sięga po instrumenty klawiszowe. Nie staramy się brzmieć jak ktokolwiek. Przeciwnie. Chcemy różnić się od innych tak bardzo, jak to tylko możliwe". Album "Host" nasączony jest gotycką atmosferą, melancholią i smutkiem ( "Nothing Sacred", "Harbour", "Year Of Summer" ) . Nowe brzmienie gitar ( "Permanent Solution", "Behind The Grey" ) sprawia, że Paradise Lost nadal są kreatywni, lecz już nie dla gotyckiego metalu, ale dla gotyckiego dark wave. To nowy wymiar muzyki. Płyta, poświęcona zmarłemu ojcu wokalisty, zbierała skrajne opinie, z przewagą batów. Sami zainteresowani jednak w ciągu swej kariery uodpornili się na twarde lądowania. Nick Holmes: „Gdybyśmy się przejmowali, skończylibyśmy jak Kurt Cobain. Nie byłem zaskoczony, gdy popełnił samobójstwo, na jego miejscu być może zrobiłbym to samo, jestem w stanie zrozumieć tamtą sytuację. Mam jednak w sobie dużo ambicji i wewnętrznej siły, którą ukrywam głęboko pod przykrywką cynizmu. Paradise Lost to zespół potwornych, patologicznych cyników, akceptujących sukces tylko na naszych warunkach - albo wcale”. Kontrowersyjne reakcje nie przeszkadzały grupie w aktywnym koncertowaniu. W ramach standardowej trasy (znowu Polska), a także na letnich festiwalach, choć już nie z pozycji headlinera ani nawet jednego z najsmaczniejszych kąsków. We wrześniu pojawia się kolejny singiel „Permanent Solution”, zawierający kilka wersji tego utworu.

BELIEVE IN NOTHING: Chyba nawet najwierniejsi fani zwątpili w gitarowe nawrócenie swych pupili. Jednak sami zainteresowani przyzwyczaili do nieprzewidywalności i niespodzianek w nieoczekiwanej chwili. A tą niespodziewaną chwilą była końcówka stycznia 2001. To właśnie wtedy miała miejsce premiera nowej twórczości Raju. Nowej od prawie dwóch lat. Najpierw wydany został singiel „Mouth”, który zaskoczył gitarowym, rockowym graniem. Wątpliwości zostały rozwiane 26 lutego. Tego dnia miała miejsce światowa premiera „Believe in Nothing”. Okazało się, że zwiastun nie wyprowadzał na manowce, Paradise Lost powrócił do rockowych gitar i gotyckich wkrętów. Znowu pojawiły się charakterystyczne, urzekające melodie. Nie był to jednak powrót do korzeni, a po prostu kolejny rozdział tej samej historii – bardziej rockowy, po prostu z dobrymi piosenkami. Na pytania dziennikarzy : - "Fani metalu, są przeważnie dość konserwatywni, lubią trzymać się jednego kierunku..." odpowiada Nick Holmes : - "My kiedyś byliśmy tacy sami. Swego czasu słuchałem tylko i wyłącznie metalu. Jednak z biegiem czasu człowiek dojrzewa, otwiera się. Dojrzewaliśmy już grając w zespole i to słychać na naszych kolejnych płytach. Nie da się o nas powiedzieć, że należymy do jednego obozu i nie wysuwamy nosa poza jego granice. Nasze upodobania muzyczne są zróżnicowane. Słuchamy niemal wszystkich rodzajów muzyki, czerpiemy inspiracje, skąd się da. Dobra, lubimy gothic, lubimy ten mrok, który jest esencjonalną cechą muzyki Paradise Lost, ale do jego tworzenia nie zawsze musimy używać wyłącznie ciężkich brzmień gitarowych. Domyślam się, że trudno jest być fanem takiego zespołu jak nasz, ale z drugiej strony za wytrwałość czeka Cię większa nagroda niż w wypadku kilku innych kapel..." Każdy eksperyment Paradise Lost odciska swoje piętno na następnych albumach. Melodyjne, gotyckie i ciągle metalowe utwory z "Believe In Nothing", są w rozsądny sposób podbarwione elektroniką. Nastroje psychodeliczne, smutno-tęskne linie wokalne w zestawieniu z ostrymi gitarami dają coś w rodzaju metalowego trip hopu. Te ostre gitary też nie są zawsze takie same - czasem ultranowoczesne, industrialne, innym razem delikatniejsze, bardziej alternatywne. Znakomita płyta i znakomity przykład otwarcia i wielowymiarowości Paradise Lost ( "I'm Nothing", "Look At Me Now", "Sell It To The World", "World Pretending" ). Zresztą cała "Believe In Nothing" zostawia po sobie takie wrażenie. Fascynował też rój pszczół na okładce. Zwłaszcza w kontekście kolejnej błyskotliwej wypowiedzi frontmana: „Mamy jazdę na powiększone owady - już na okładce „Iconu” można było trafić na różne żuczki, muchy. Insekty to nasz fetysz. Jako dzieciak sporo czasu spędzałem w ogrodzie, bawiąc się owadami. Byłem znany jako specjalista od spalania much”. W maju pojawił się kolejny singiel – „Fader”. Paradaje po znajomości 5 czerwca wstąpili do Polski. Jednak największym wyróżnieniem była trasa z wciąż podziwianymi idolami – Sisters of Mercy. W 2002 roku kolejny raz zawitali do Polski - tym razem jako główna gwiazda Metalmanii (obok m.in. Tiamat i Moonspell). Koncert utkwił w pamięci przede wszystkim za sprawą „niekonwencjonalnego” zachowania, wyraźnie zainspirowanego mocniejszymi trunkami, Holmesa. Niedługo po tym wydarzeniu na rynku pojawiło się DVD „Evolve”. Jest to okazja szczególnie dla tych, którzy nie mieli okazji zetknąć się z „Harmony Breaks” i z „One Second Live”. „Evolve” bowiem zawiera w sobie programy tamtych wydawnictw („Harmony Break” niestety w okrojonej wersji) i dodatkowo dziewięć teledysków. Wydawcą jest stara wytwórnia Music for Nations.

SYMBOL OF LIFE: 21 października 2002, w barwach nowej firmy Gun Records, miała miejsce premiera kolejnego dziełka „Symbol of Life”, tym razem nagranego pod czujnym okiem, znanego z Front Line Assembly, Rhysa Fulbera. Paradise tradycyjnie zaskoczył- tym razem jeszcze bardziej intensywnym gitarowym graniem, choć nadal uwikłanym w romans z elektroniką i miłą dla ucha przebojowością. Wraz z "Symbol Of Life" Paradise Lost dokonał kolejnego przełomu, tworząc album bezwzględnie ponadczasowy. Na dobre powróciły gitary - w tym charakterystyczne wiosło Grega - powróciły w otoczce wręcz monumentalnych, pełnych namaszczenia efektów pracy Fulber / Reely. Tutaj należy wspomnieć o kolejnej przeprowadzce Paradise Lost tym razem z EMI do Gun Records. Dawno nie ukazała się tak bombastyczna produkcja, o niesłychanie szerokiej, pełnej tlenu przestrzeni - uzupełnionej przez potężne, soczyste brzmienie obu gitar - wspartych kapitalnie głębokim basem Stephena Edmondsona i rewelacyjnym brzmieniem bębnów Lee Morrisa. Nowe kompozycje Paradise Lost są czystym majstersztykiem, kwintesencją mocnej, mrocznej, aczkolwiek bardzo przejrzystej muzyki. Nick po raz kolejny udowodnił jakiej klasy jest wokalistą. "Erased" to jeden z absolutnych faworytów na tej płycie - mocna rockowa rytmika, w tle lekki klawisz i samplowane przestery. "Pray Nightfall" ma w sobie sporo typowych rajskich odcieni smutku i melancholii - Nick z pewnością zaśpiewał go bardzo odważnie. W "Mystify" Nick kolejny raz z Joanną Stevens ( "Erased" ) wypada rewelacyjnie, także dzięki temu powraca mroczny, żałobny akcent, przeciągnięty na wprost rewelacyjny "No Celebration". "Channel For The Pain" jest momentami chyba najbardziej rozpędzonym utworem na tej płycie, dzięki czemu album ten kończy się dosyć optymistycznie, ale jeszcze długo po tym, jak w przestrzeń ulecą ostatnie jego dźwięki, można być przytłoczonym masywnością i wielkością tej muzyki. Bez dwóch zdań, jedna z najlepszych - w ogóle - płyt ostatnich lat... Paradise Lost are the champions of rock and melancholic metal !! Na początku roku 2004 dochodzi do kolejnej zmiany perkusisty w zespole. Grającego na tym instrumencie od 1995 roku Lee Morrisa, zastąpił Jeff Singer, który wcześniej udzielał się w grupie Blaze. Jak stwierdził Morris i zespół, dalsza ich współpraca stała się w pewnym momencie niemożliwa i to nie tylko na tle odmiennych upodobań muzycznych. Singer, który miał już udział w nagrywaniu kolejnego albumu, jak na razie nie został oficjalnym członkiem zespołu. Gościnnie, jednak zupełnie niesłyszalnie, na płycie udziela się Devin Townsend i Lee Dorian. Ponieważ Cathedral i Paradise Lost w tym samym czasie powiększały dyskografię w bardzo sąsiedzkich warunkach, Nick w ramach rewanżu ryknął sobie na „The VII Coming” w utworze „Congregation of Sorcerers”. „Symbol Życia” pilotował singiel „Erased”, z bonusowymi „Deus” i „I Can Hate You”. W 2003 roku pojawiła się gratka dla miłośników przeszłości – koncertówka „At the BBC”, spajająca dwa występy na żywca z lat 1992-1995. W kolejnym roku Aaron Aedy i Lee Morris zagrali gościnnie na „Gezeiten” L’ame Immortelle. Skoki w bok Paradajsów stały się na tyle regularne, że nawet Gregor, kilka lat wcześniej, powołał do życia swój solowy projekt Order of the Derelict. Wcześniej sentymentaliści otrzymali kolejny pretekst, by powrócić do przeszłości – wydany na VHS w 1990 roku „Live Death” doczekał się formatu DVD.

PARADISE LOST: W 2005 roku światło dzienne ujrzał dziesiąty, jubileuszowy album w dyskografii, nazwany po prostu „Paradise Lost”, dzięki któremu zespół ląduje ponownie na szczycie "muzycznego smutku". Poprzedził go singel „Forever After”. Album, jeszcze bardziej niż jego poprzednik nawiązuje do połowy lat 90-ych, powróciły solówki, elektronika natomiast prawie zupełnie zniknęła z pola widzenia. Droga obrana na "Symbol Of Life", czyli w stronę bardziej metalowych piosenek została tutaj jeszcze bardziej rozbudowana. Mroczny i melancholijny nastrój ciągnie się przez całe dwanaście numerów, które są ponownie bardzo " hitonośne" i podkreślają wyjątkowość zespołu. Ten pokazuje się świadomie ze swojej ostrzejszej strony, elektroniczne elementy są tylko drugorzędne - to powoduje, że w nagraniach jest bardzo dużo dynamiki. Piosenki, jak pędzący "All You Leave Behind" mają pewną atmosferę płyty "Icon", a hymny jak "Grey" równie dobrze mogłyby znajdować się na tym wspaniałym poprzedniku. Frontman Nick Holmes ponownie wywołuje swoim wokalem ciarki na plecach, jego charyzmatyczny głos jest, aż tak naładowany emocjami, że rzeczywiście można poczuć strach. "Forever After" - piosenka do której chłopaki nakręcili klip jest pędzącym Gothic Rock numerem. Wokalistka Heather Thompson dostarcza tutaj dodatkowej atmosfery. Na temat nowego perkusisty, Nick Holmes powiedział : „Nagrywanie z nim przebiegało naprawdę dobrze !” po czym dodał już na temat nowej płyty : „Materiał ten, będzie zdecydowanie najcięższym naszym albumem jaki zrobiliśmy w ostatnich dziesięciu latach”. Warto tutaj przypomnieć, że jest to już dziesiąty album w historii Paradise Lost, a jego nazwa została nadana w hołdzie dla pierwszego, wydanego w 1990 roku „Lost Paradise”. Generalnie materiał na „Paradise Lost” jest mocno zróżnicowany i bardzo wszechstronny stylistycznie, panuje na nim niejednostajny klimat, jak zupełnie inaczej miało to miejsce w przypadku „Host”, czy „Believe In Nothing”. To jakby zbiór tego co zespół prezentował do tej pory gdzieś od wysokości „Icon”, choć z pewnością nie jest już to ta sama atmosfera, po prostu nie te czasy. Jeśli chodzi o same utwory, to nie ma tutaj zdecydowanego faworyta. “Redshift”, “Sun Fading”, “Accept The Pain”, “Over The Madness”… naprawdę, ciężko wskazać. Jedno jest pewne, zespół Paradise Lost jest żyjącym mitem, który ponownie topuje każdy, nawet świetny album innego bandu! Na efektach dźwiękowych się nie skończyło, także odrośnięte włosy głównych liderów (Holmes/Mackintosh) pozwoliły przypuszczać, że panowie zatęsknili za cięższymi czasami. I to w dosłownym tego słowa znaczeniu, bo niektóre momenty mogłyby trafić właśnie na „Draconian Times”. W maju, w towarzystwie żydowskiego Orphaned Land, panowie ponownie odwiedzili Polskę. Jeden z tych koncertów zasilił darmową imprezę, organizowaną z okazji warszawskich Juwenaliów. Była to rekompensata za odwołany w kwietniu koncert z Judas Priest – Gregorowi pękł wyrostek robaczkowy i konieczna była natychmiastowa rehabilitacja. Judas Priest został sam na polu walki, ale i tak występ, z powodów ówczesnej żałoby narodowej, nie doszedł do skutku. Jesienią 2006 natomiast miał miejsce tour z Opeth; Paradise Lost musiał zadowolić się rolą rozgrzewacza, mimo że w zamyśle była to trasa partnerska. Nieco wcześniej Paradise Lost zainteresował się Diran Noubar, który postanowił nakręcić dokument o zespole, zatytułowany „Over the Madness”. Film pojawił się w obiegu w pierwszej połowie 2007 roku. Ukazała się też nielegalna, wydana bez zgody kapeli, składanka singli „B-Sides and Rarities”, zawierająca wszystkie niepublikowane na płytach, ale umieszczane na epkach i digipackach, utwory. Niedawna wytwórnia GUN Records z kolei wypuściła dwupłytowe wydawnictwo, z „Symbol of Life” i „Paradise Lost”.

IN REQUIEM: Wielu próbowało rozwodzić się nad fenomenem tej muzyki; dzisiaj minęły już wieki od debiutu i legendarnych albumów Gothic i Icon, a ciągle wydaje się, że tych kilku muzyków jest permanentnie wciąż o jeden krok do przodu, uzyskując swoim charakterem status nieosiągalnego dla nikogo kultu... Śledząc dotychczasowe dokonania, można odczuć nieodparte wrażenie czasoprzestrzennej podróży jaką dokonuje Paradise Lost na tle muzycznego świata zainspirowanego smutkiem, nostalgią i melancholią, jednak wszystko to uszyte jest w barwy niesamowitej powagi i nietuzinkowej atmosfery. In Requiem to album nad wyraz spójny pod względem brzmienia, ale też o wiele bardziej rozbudowany od swoich kilku poprzedników ( Believe In Nothing, Symbol Of Life, Paradise Lost ). To twór bardzo przemyślany, na swój sposób prawie perfekcyjny, kipiący emocjami i wyszukanym nastrojem. Jest momentami bardzo mroczny, ale też porywający, czasem melodyjny i zarazem tajemniczy, wreszcie potężny i momentami hipnotyzujący. Mało jest zespołów, które mając w dorobku ponad dziesięć albumów, na kolejnym tworzą utwory, które można umieścić w dziesiątce swoich najlepszych i choć w przypadku Paradise Lost wydaje się to niemożliwe, to jednak takie perełki jak Never For The Damned trzeba wyselekcjonować szczególnie. Nie obyło się również bez innowacji takich jak choćby bardzo oryginalnego Ash & Debris, czy monumentalnego Your Own Reality. Od razu trzeba także zwrócić uwagę na bonusy zawarte w limitowanej wersji, czyli po mistrzowsku wykonany cover Missing, a i także skłaniający się ku dawnym dziejom via Shades Of God utworze Sons Of Perdition. Zanim doszło do premiery albumu, Paradise Lost zagrali dwa ważne koncerty. Dwudziestego czwartego marca zawitali na katowicką Metalmanię ( obok Entombed, Benediction, Testament i My Dying Bride ), gdzie po raz pierwszy zaprezentowali utwór The Enemy. Następnie dwunastego kwietnia wystąpili w Londyńskim Koko rejestrując materiał na DVD o nazwie The Anatomy Of Melancholy i prezentując z przy tym nie grane od wieków kultowe Eternal i Sweetness. Pół roku później od tego wydarzenia dochodzi do niespodziewanego i zaskakującego odejścia Jeffa Singera ( w trakcie sesji został pełnoprawnym członkiem zespołu ), który postanowił zawiesić definitywnie swoją działalność muzyczną na rzecz rodziny. Na ostatnie koncerty z trwającej trasy zespół wynajął Marka Herona z Oceansize. Ze swoją muzyczną niesamowitością In Requiem powala wokalnymi dokonaniami Nicka Holmesa; tak różnorodnych barw frontman Paradise Lost nie zostosował jak dotąd nigdy wcześniej na żadnym z albumów, które pod tym względem były raczej bardziej jednolite, choć co jest już wizytówką Holmesa, zawsze zaskakiwały nowymi wszechstronnościami. Gitary na tej płycie to poezja brzmienia, nad którym czuwał po raz kolejny Rhys Fulber i dzięki któremu tym razem, utwory stały się mocno rozbudowane i na co czekali od dawna fani, naszpikowane solową wirtuozerią Grega Mackintosha. Podsumowując, o ile ostatni krążek przywołuje echa dawnego oblicza zespołu, to album In Requiem całą swoją potęgą przywołuje czystego ducha najprawdziwszego gotyckiego grania jaki w dzisiejszych czasach jest zapominany. To współczesne apogeum wyznaczające dalszy kierunek dla tego stylu. To wciąż dowód na to, że Paradise Lost jest nieśmiertelny...

FAITH DIVIDES US DEATH UNITES US: Sesja nagraniowa kolejnego albumu miała miejsce zimą 2009 roku w Szwedzkim Fascination Street Studios. Na totalne pustkowie, w zaśnieżonym mieście Orebro ekipa Paradise Lost została ściągnięta przez nowego producenta Jensa Bogrena, którego zamysłem było oddanie się tylko i wyłącznie pracy twórczej na najbliższe kilkanaście tygodni. Blisko bieguna, odcięci od świata Nick Holmes i spółka tworzyli materiał na swój dwunasty album w historii, który ukazał się jeszcze w tym samym roku we wrześniu. Po trzech ostatnich płytach z Rhysem Fulberem nastąpił czas na nową porcję świeżości i inności w muzyce Paradise Lost. Na Jensa Bogrena wybór padł po wydaniu The Anatomy Of Melancholy, gdzie efekty jego pracy wszystkim przypadły do gustu. Tę świeżość i inność z pewnością spotęgował jeszcze fakt, że do grupy dołączył nowy, oficjalny bębniarz Adrian Erlandsson. Jednak nie miał on już wpływu na sekcję rytmiczną nowego dzieła, nagraną wcześniej przez specjalnie wynajętego do tej roli sesyjnego muzyka Petera Damina na co dzień udzielającego się w Renegade Five. Jak widać dużo działo się wokół zespołu, jednak co ciekawe, ten po raz pierwszy odkąd sięgać pamięcią, nie zdecydował się na wydanie singla poprzedzającego nowy materiał. Pierwszym utworem jaki skomponował Greg Mackintosh był The Rise Of Denial, do stworzenia którego pchnęły go eksperymenty z siedmiostrunowym instrumentem, dzięki któremu chciał uzyskać całkowitą głębię w brzmieniu gitary. Nowe wiosło Mackintosha to Mayones Setius-7, w którym muzyk zakochał się od pierwszego brzmienia. Miłość do polskiej firmy wyznał również Aaron Aedy, u którego od tej pory w rękach zagościł kruczo-czarny Regius 7. Wraz z In Requiem zespół odzyskał apetyt na zdecydowanie mocniejsze granie. Wcześniej wokale wychodziły na pierwszy plan podczas mixu, a gitary i sekcja rytmiczna wyciszone. Teraz dominują głośne gitary, bas i perkusja, co jest typowe dla wszystkich metalowych produkcji. Jednym z wybijających się utworów jest As Horizons End z głębokimi, pełnymi mocy wokalami. Co ciekawe intro nagrał Greg Mackintosh przy okazji zwiedzania jednego z kościołów, w którym właśnie śpiewał chór. Faith Divides Us Death Unites Us zaskakuje różnorodnością kompozycji, co w przypadku Paradise Lost jest niejakim nowum, jak dotąd wszystkie albumy były raczej pod tym względem bardzo spójne. I Remain miażdży melodyjnym refrenem i zagrywkami Mackintosha, pojawiają się melancholijne zwolnienia i prawdziwy majsterszyk wah, wah jakiego nie było od czasów Icon. Doskonale połączony z wyrazistym podkładem sekcji. Spore wrażenie wywiera Living The Scars. Początek to istny pogrom. Mięsiste, zapętlone riffy, mocna perkusja i ciężar, momentami przypominający dokonania Morbid Angel. Co więcej we Frailty można usłyszeć gitary opierające się o niemalże blackmetalowe brzmienie. Z kolei Last Regret przypomina o doom metalowej przeszłości zespołu. Na koniec Paradise Lost serwuje utwór, w którym wreszcie pojawia się to długo oczekiwane przez lata i tak częste kiedyś w ich kompozycjach Boskie Tchnienie. Delikatne zwrotki z elektronicznymi obróbkami są jak uchylone okno, wpuszczające do raju świeże powietrze. Intrygujący tekst, jeszcze lepszy, niepokojący klimat i apokaliptyczny riff przewodni. Po premierze Faith Divides Us Death Unites Us ukazuje się digibook wzbogacony o wersje symfoniczne utworu tytułowego i Last Regret oraz dodatkowy bonus w postaci zupełnie odmiennego Cardinal Zero. W tym samym czasie fani w Japonii mogą cieszyć się z przeznaczonego tylko na ich rynek Back On Disaster. W listopadzie Greg wycofuje się z trasy koncertowej z powodu śmiertelnej choroby ojca. Część koncertów zostaje odwołana, na pozostałych zastąpił go techniczny zespołu Milly Evans. W takim właśnie składzie Paradise Lost zagrał w grudniu na dwóch koncertach w Polsce. W marcu 2010 roku Century Media wydaje w wersjach CD i LP zremasterowane, debiutanckie dema Paradise Lost i Frozen Illusion. Zespół głównie koncertuje zaliczając kilka prestiżowych festiwali między innymi Sonisphere i Ozzfest. W listopadzie zaskakuje podjęciem decyzji o ponownej trasie koncertowej Draconian Times, która odbędzie się na przełomie marca i kwietnia przyszłego roku. Rok 2011 objawia się głównie w postaci festiwalowych występów oraz zapowiadanej, ponownej trasy Draconian Times, czego wynikiem będzie wydanie materiału upamiętniającego to wydarzenie w postaci DVD o nazwie Draconian Times MMXI. W międzyczasie Greg Mackintosh tworzy własny projekt o nazwie Vallenfyre, w którym obok innego członka Paradise Lost, Adriana Erlandssona grają muzycy takich zespołów jak My Dying Bride i At The Gates.



HISTORIA ZOSTAŁA OPARTA NA BIOGRAFII AUTORSTWA MAŁGORZATY „TREASURE” GOŁĘBIEWSKIEJ POD TYTUŁEM: "W POSZUKIWANIU STRACONEGO RAJU".
W HISTORII OBOK WŁASNEJ MYŚLI TWÓRCZEJ, AUTOR STRONY ZACZERPNĄŁ MATERIAŁY Z MAGAZYNÓW MUZYCZNYCH:

Metal Hammer, Jazgot, Terrorizer, Thrash'em All oraz portalu internetowego:
powermetal.pl




MULTIMEDIALNA HISTORIA ZESPOŁU:





* Nazwa Paradise Lost, czyli Raj Utracony pochodzi od poematu Johna Miltona napisanego w 1667 roku. Raj Utracony pojawił się w epoce angielskiego oświecenia, wyrósł jednak z tradycji okresów wcześniejszych : renesansu i baroku. Jest to jeden z największych poematów epickich, jakie powstały w kręgu kultury europejskiej i jeden z największych eposów filozoficznych, mających za temat pochodzenie dobra i zła.





Centralna akcja poematu to historia upadku Adama i Ewy. Milton trzyma się ściśle wersji biblijnej, przydając jej tylko wiele charakterystycznych dla siebie szczegółów. Zgodnie z klasyczną budową poematu epickiego opowieść rozpoczyna się od środka, to jest od chwili, kiedy na wezwanie Szatana jego wojsko podnosi się z płonącego jeziora piekielnego, do którego zostało wtrącone w czasie bitwy z dobrymi aniołami. Po wielkiej naradzie i objęciu piekła w posiadanie, Szatan wyrusza w podróż przez Chaos na daleką Ziemię, aby zdeprawować nowo stworzony wszechświat. Opowiadanie o tym zajmuje cztery pierwsze księgi Raju Utraconego. Dalsza akcja, kuszenie człowieka i jego upadek, następuje dopiero w księdze IX. W dwóch ostatnich księgach, po upadku pierwszych rodziców, a przed ich wypędzeniem z Raju, poemat zawiera obszerną część opisową : Adam ma wizję przyszłości świata, aż do jego końca.




W OPERZE WROCŁAWSKIEJ MOŻNA ZOBACZYĆ SPEKTAKL KRZYSZTOFA PENDERECKIEGO "RAJ UTRACONY"