Jak powszechnie wiadomo, pod koniec ubiegłego roku, na polskim rynku wydawniczym ukazała się pierwsza książka o Paradise Lost. Jest to z pewnością miły prezent dla fanów, tym bardziej, że w tym roku zespół obchodzi dwudziestopięciolecie swojego istnienia. Z tej okazji zapraszamy do przeczytania wywiadu z autorką książki panią Małgorzatą Gołębiewską:



MAŁGORZATA GOŁĘBIEWSKA - RAJ DLA CYNIKÓW / wywiad /



Zawsze miałaś słabość do Paradise Lost. Domyślam się, że pomysł na napisanie biografii nie był spontaniczny.

O książce myślałam już parę lat temu, ale bardziej skupiałam się na fantazjowaniu niż realizacji celu. Kiedy postanowiłam zacząć działać, okazało się, że mam konkurencję :) W 2007 roku, po premierze In Requiem, przeprowadzaliśmy wywiad z Aaronem Aedym dla magazynu „Pure Metal”. Zasugerowałam, że kapela powinna pomyśleć o książce (oczywiście, próbowałam wybadać grunt i przyznać, że sama zamierzam ją napisać). Aaron zapewnił, że biografia już powstaje, a zadania podjął się pewien Niemiec. Wtedy mój pomysł znowu powędrował do szuflady. Wyszłam z założenia, że jedna historia Paradise Lost wystarczy. W 2009 roku pojawiła się informacja o oficjalnej biografii No Celebration – prawdopodobnie właśnie o niej mówił Aaron podczas wspomnianego wywiadu. Przez kilka miesięcy zbierano zapisy na tę lekturę, a w końcu zrezygnowano z wydania. Gdy Nick potwierdził, że pozycja się nie ukaże, pomyślałam o swoim projekcie. Choć nie od razu o książce.

Właśnie. Pod koniec 2009 roku pojawił się numer specjalny magazynu „Pure Metal”, poświęcony Paradise Lost. W zasadzie można było zrobić z tego materiału mini-książkę. To miała być zapowiedź właściwej lektury?

Gazetowa biografia to demo Raju dla Cyników :) Propozycja wyszła od Tomka Woźniaka – naczelnego „Pure Metal”. Tomek najpierw wydał numer poświęcony Jamesowi Riverze, a potem pomyślał o Paradise Lost i zaproponował, bym się tym zajęła. To był doskonały czas, bo było już wiadomo, że No Celebration nie wyjdzie. Poszperałam w starych materiałach i poszukałam nowych informacji. Wtedy też zaczęłam rozsyłać maile z prośbami o opinie na temat Paradise Lost do muzyków i ludzi związanych ze sceną. Pewna osoba – razem ze swoimi wspomnieniami o kapeli – zadała mi proste pytanie: dlaczego nie piszesz książki, tylko bawisz się w niepełny produkt? No właśnie. Choć początkowo miałam poprzestać na gazecie, szybko zabrałam się do pracy. Tym razem na serio.

Biografię z „Pure Metal” i Raj dla Cyników dzielą trzy lata. Tyle czasu zajęło Ci pisanie?

Samo napisanie tekstu nie było aż tak wyczerpujące – w tym przypadku bardziej chodziło o dyscyplinę. Więcej czasu zajęło skompletowanie materiałów (dadzą palec, a ty chcesz całą rękę i marudzisz, dopóki nie dostaniesz wszystkiego :), a jeszcze więcej – weryfikacja źródeł, jeśli są rozjazdy w zeznaniach muzyków. A takich w przypadku Paradise Lost było naprawdę sporo. Konieczna jest też dłuższa przerwa od tekstu, by nabrać do niego dystansu i powycinać zbędne partie.

Podczas tej przerwy w ogóle nie myślałaś o książce?

Nie zaglądałam do pliku z tekstem. Ale oczywiście pomysły na książkę ciągle wpadały do głowy. Sporo rzeczy wymyśliłam podczas obserwowania mgławic i gwiazd oraz na szlaku w Sudetach. Było też olśnienie przy kasie, na babskich wyprzedażach ;)

Wspomniałaś o szukaniu źródeł. W Raju dla Cyników mamy bardzo obszerną bibliografię. Mnóstwo wywiadów z prasy zachodniej, od początków istnienia Paradise Lost do współczesności. Ciężko było to zdobyć?

Nieważne ile masz makulatury, grunt, by gotowy produkt zaciekawił fanów. Jeśli to się uda – wygrałeś. Zresztą, kiedy odbiorca ocenia twoją pracę, nie zastanawia się, czy było ciężko zebrać materiały. Skoro piszesz książkę o zespole, zadbaj o to, by nawet najwięksi maniacy dowiedzieli się czegoś nowego o swoich ulubieńcach. Przy okazji sam odkryjesz dużo ciekawostek.

A czy główni bohaterowie książki – muzycy Paradise Lost – byli źródłem informacji? Powiedziałaś im w końcu o Raju dla Cyników?

Tak, o wszystkim wiedzą, zwłaszcza Nick. Zresztą, w 2009 roku, w warszawskim Empiku, dostał na pamiątkę „Pure Metal” o Paradise Lost. Książkę też już ma. W ostatnich latach, gdy miałam okazję rozmawiać z muzykami, lub gdy taką okazję mieli moi znajomi, padło kilka pytań z myślą o książce. Choć udało się wyciągnąć kilka ciekawostek, nie były to długie rozmowy, umawiane specjalne na potrzeby biografii. Pytania – zarówno od mnie, jak też od ludzi zaangażowanych w szukanie źródeł – padały „przy okazji” i spontanicznie (okazyjne wywiady lub privy na oficjalnym forum, gdy jeszcze istniało). Przyznam jednak, że najwięcej ciekawych materiałów znalazłam w archiwach. O niektórych historiach muzycy zdążyli zapomnieć.

Nazwy rozdziałów to tytuły filmów. Skąd ten pomysł?

Początkowo rozdziały miały nawiązywać do płyt lub utworów Paradise Lost, ale okazało się, że sporo tytułów brzmi lepiej w oryginale. Po tłumaczeniu traciły sens lub brzmiały dziwacznie. Wtedy pomyślałam o innym rozwiązaniu. Najpierw przyszły mi do głowy filmy z Robertem DeNiro, ale nie znalazłam tam dwudziestu dobrze pasujących szyldów ;) Skończyło się zatem na ogólnej filmografii. Przy niektórych rozdziałach miałam kilka opcji. Host wstępnie był „Elektronicznym Mordercą” ;)

Myślałaś o uzyskaniu zgody na oficjalną biografię?

To na pewno by ładnie wyglądało w papierach :) Ale nie wiem, czy uzyskałabym efekt, o jaki mi chodziło. Kiedy Diran Noubar kręcił film Over the Madness, miał do dyspozycji członków Paradise Lost, a wielu fanów uznało, ze film był nudny, a wywiady – bardzo ogólne. Ograniczone wtajemniczenie muzyków w mój projekt było świadomą decyzją. Dzięki niej mogłam napisać wszystko, co chciałam i jak chciałam. Nie sądzę, by Raj dla Cyników mógł zostać oficjalną biografią. Wiem, jak funkcjonuje management zespołu i pod jakimi hasłami kapela dziś sprzedaje swoją twórczość. Pewnych rzeczy by nie przepuścili, a mi trudno byłoby napisać, że już w 1991 roku grupa wymyśliła termin gothic metal i pominąć wypowiedzi Nicka o nadętej, głupiej muzyce (tak w latach 90. Nick mówił o nazwie gothic metal – przyp. PM) Zależało mi nie tylko na ocenie przeszłości z dzisiejszej perspektywy. Chciałam pokazać, jak ta przeszłość wyglądała „na żywo”, w czasach, gdy kapela kształtowała swój styl. Właśnie tu natknęłam się na wiele sprzeczności i rozjazdów w zeznaniach muzyków – między wypowiedziami z danego okresu, a tym, jak dziś oceniają poszczególne płyty. Niedawno Greg powiedział, że w 1991 roku „Kerrang!” poprosił kapelę o zdefiniowanie muzyki. Podobno ta etykietka miała ułatwić pracę recenzentowi Gothic. I wtedy mieli sobie wymyślić gothic metal. Zajrzałam do wspomnianego „Kerranga!” i nie ma tam takiej definicji. Podobnie jest z niechęcią do Believe in Nothing. Znam oficjalne stanowisko kapeli w tej sprawie, ale mnie ono nie przekonało, dlatego poszłam innym tropem. Zresztą, nawet Nick pomylił datę śmierci swojego ojca. Chlapnął, że stracił go podczas prac nad „ósemką”, dlatego piosenki są niedopracowane (ojciec Nicka zmarł w trakcie prac nad Host – przyp. PM). Takich pomyłek było więcej. Często trzeba było decydować, które wypowiedzi – jeśli były sprzeczne – są bardziej wiarygodne. Musiałam zweryfikować kilka źródeł. Zwykle pomagało, choć z kilku rzeczy zrezygnowałam. Można pogdybać, co by było, gdy Raj dla Cyników został oficjalną biografią. Ale można też zapytać, czego by wtedy zabrakło. Mój bilans start i zysków wyszedł na plus.

Wspomniałaś o materiałach, z których zrezygnowałaś. Dużo tego było?

W oryginale książka była grubsza o 80 stron. Bez sentymentów wycięłam zbędne partie, które nic nie wnosiły do tematu oraz cytaty powtarzane milion razy. Tu nie ma czego żałować. Zostało jednak kilka niewyjaśnionych kwestii. Chciałabym ustalić dokładną datę koncertu we Włoszech, w 1998 roku, kiedy Nick dowiedział się o śmierci ojca. Nie udało mi się też dostać wyciągu z wynikami sprzedaży Host i Believe in Nothing, choć pisałam w tej sprawie do EMI. Jakiś czas temu w notce prasowej Century Media napisano, że Paradise Lost sprzedał dwa miliony wszystkich płyt. Moim zdaniem to bardzo zaniżona liczba, bo tyle ma sam zestaw Icon-Draconian Times. Jest jeszcze jedna ciekawa historia, która mogłaby być jednym z punktów kulminacyjnych książki. Intersująca, zwłaszcza dla fanów podziemnego Paradise Lost i Autopsy. Niestety, miałam tylko poszlaki, a to za mało, by ruszyć temat. Ale szukam dalej, bo gra jest warta świeczki.

Rozdziały od płytach od PLX do Tragic Idol są krótsze. Nie ukrywasz, że te płyty już nie robią na Tobie takiego wrażenia, jak pozycje od demówek do Symbol of Life. To był świadomy wybór?

Mogło być gorzej ;) Jeff Apter w biografii The Cure Nigdy Dość po łebkach potraktował Disintegration ;) Rzeczywiście, gdy robiłam wstępny szkic książki, postanowiłam skupić się głównie na latach 90 (+ Believe in Nothing i Symbol of Life), a rozdziały od PLX do Tragic Idol potraktować syntetycznie. Moim zdaniem to nie jest zaskakujący wybór, a jedynie selekcja naturalna ;) . Znam ludzi, którzy skończyli przygodę z Paradise Lost na Icon lub Draconian Times, znam też takich, którzy uwielbiają okres eksperymentalny, ale nie przypominam sobie, by ktokolwiek nie mógł się obejść bez ostatnich płyt (nawet jeśli je lubi). Z takim nastawieniem zabrałam się do pracy. Gdy jednak dotarłam do roku 2005, odkryłam, że nie muszę niczego uogólniać. Wyszło w praniu, że z tych rozdziałów i tak nic więcej nie wycisnę (no chyba że kolejne powtarzanie tych samych cytatów). W latach 90. Paradise Lost był gwiazdą europejskiego metalu i tak go traktowano. Na pewno każdy pamięta peany na cześć Brytoli w naszym „Metal Hammerze”. Paradajsi gościli niemal w każdym numerze. Podobnie było na zachodzie – zwłaszcza w „Kerrangu”. Angole mieli wtedy świat u stóp, dlatego mamy mnóstwo materiałów z tego okresu – liczne wywiady, prowadzone przez dobrych dziennikarzy, dzienniki z tras, sporo luźnych rozmów i ciekawych informacji. Dziś Paradise Lost nie jest stałym gościem metalowej prasy. Owszem, po ostatnich krążkach mieli obszerne wywiady w czołowych pismach, ale to był jeden artykuł, zaraz po wydaniu płyty. Zwykle z tymi samymi pytaniami. Także w Internecie – jeśli mowa o latach 2005-2012 – nie znalazłam ciekawostek porównywalnych do kłótni z Dream Theater lub motorowym rajdem po Australii (gdy padało coś interesującego, dotyczyło dawnych lat). Nawet Greg, kiedy opowiadał o demówkach Down, tworzonych na trasie z Crowbar, potwierdził, że brakuje mu takich historii. Kapela, która w latach 90. była oczywistym headlinerem Dynamo, dziś na grafikach festiwali pojawia się jako dodatek, atrakcja dla sentymentalistów. Nie ulega wątpliwości, że pozycja zespołu nie jest tak mocna, jak dawniej. I ta zmiana pozycji sama ułożyła proporcje książki ;) Oczywiście, mogłabym wydłużyć ostatnie rozdziały, ale byłyby to okrągłe zdania, w stylu: na trasie z My Dying Bride i Anathemą było fajnie, jesteśmy przyjaciółmi, a nasza nowa płyta jest wspaniała.

Który rozdział lubisz najbardziej?

Mam słabość do Host. Nie powiem, ze to najlepsza płyta Paradise Lost, ale dziś najczęściej jej słucham. Wbrew pozorom – to jeden z najszczerszych albumów zespołu. Mam też sentyment do okresu eksperymentalnego – od One Second do Symbol of Life – bo o nim już mniej pisano w prasie, a ja chciałam rozwinąć temat. Może się zdziwisz, ale przy Icon czułam się wypruta z pomysłów. Miałam wrażenie, że o tej płycie napisano już wszystko i trafiam w próżnię. Lubię też okres podziemny, choć on mi się trochę przejadł. Pewnie dlatego, że te materiały miałam skomentowane najwcześniej.

Na początku wspomniałaś o wywiadzie z Aaronem, po którym odłożyłaś swój pomysł na książkę do szuflady. A czy wydana w 2010 roku Ikona Tomasza Jeleniewskiego nie pokrzyżowała Ci planów?

Kiedy zobaczyłam reklamę, rzeczywiście się przestraszyłam :) Notka prasowa zapewniała, że zdobycie źródeł nie było łatwe i że to pierwsze obszerne opracowanie o zespole. Reklama trochę nas nabrała, bo wszystkie „trudno dostępne” źródła są na polskiej stronie Paradise Lost, nawet „Pure Metal” z biografią No Forgiveness był znacznie dłuższy niż Ikona. Mogłam więc spokojnie wrócić do swojego projektu. Jako fanka zespołu nie znalazłam w Ikonie niczego nowego, w dodatku w książce są błędy, na które autor nie powinien sobie pozwolić. Bardziej mnie ciekawi, kto napisał/miał napisać oficjalną biografię. Aaron wspominał o Niemcu. Jeśli Robert Müller, to jest czego żałować, bo facet robił bardzo dobre wywiady z kapelą.

Ciągle czekasz na reaktywację No Celebration?

Chyba wolałabym autobiografię Holmesa, mogłaby się nazywać Self-Obsessed. I najlepiej nie o muzyce. Może jakiś wywiad-rzeka z uszczypliwymi pytaniami, przy których Nick miałby duże pole do popisu ;) Oczywiście, jeśli pojawi się oficjalna biografia, sprawię sobie prezent. Na pewno dowiedziałabym się z niej czegoś, o czym jeszcze nie wiem ;)

Rozmawiał: Piotr Manelski



Wychodząc na przeciw tym, kótrzy do tej pory nie zapoznali się jeszcze z pozycją Małgorzaty Gołębiewskiej, przedstawiamy recenzję pierwszej książki o Paradise Lost:




MAŁGORZATA GOŁĘBIEWSKA - RAJ DLA CYNIKÓW / recenzja /



W 2009 roku zapowiedziano oficjalną biografię Paradise Lost – No Celebration. Pojawiła się strona w Internecie, zaczęto zbierać zamówienia na lekturę. Niestety, wydawnictwo Essential Works zrezygnowało z tego projektu. Nie wiadomo, czy książka była już gotowa, czy jedynie przygotowywano dla niej grunt, za to można powiedzieć, że luka – przynajmniej dla polskich fanów – została wypełniona. I to z nawiązką, bo od 2009 roku na naszym rynku pojawiły się dwie książki o twórcach Icon.

Raj dla Cyników Małgorzaty Gołębiewskiej (2012) rozwija biografię nakreśloną w specjalnym wydaniu magazynu „Pure Metal” (listopad 2009). W ciągu trzech lat historia nabrała rumieńców, rozrosła się trzykrotnie i dziś może śmiało może konkurować z niedoszłym No Celebration. Autorka dotarła do wielu unikalnych materiałów o zespole – od młodości muzyków i ich dorastania aż po czasy współczesne. Wystarczy przejrzeć bibliografię, by docenić pracę włożoną w książkę. Ale nie źródła – choć robią wrażenie nawet na największych fanach – są tu najważniejsze, a zręczne umiejscowienie ich w kontekście historycznym. Autorka zgrabnie żongluje faktami, nie męczy czytelnika nadmiarem encyklopedycznych informacji, w przedstawiane wydarzenia wplata zabawne dygresje, które uatrakcyjniają opisy płyt i utworów. Podobny zabieg zastosowano w biografiach Slayera Bez litości czy The Cure Nigdy Dość.

Obok muzycznego opisu kawałków, znajdziecie anegdotki o ich powstawaniu, opinie i wspomnienia muzyków lub analizę liryków Holmesa. Warto wiedzieć kim była Lydia, czemu Greg czuł obrzydzenie do Enchantment, w którym tekście Nick przestrzega przed wirusem HiV, gdzie opowiada o narkotykach i dlaczego wybrał ironiczny tytuł dla Year of Summer. Zresztą, fragment między Year of Summer, a numerem Host to jeden z punktów kulminacyjnych książki.

Ciekawie jest też na trasach koncertowych. Z rozbawieniem czytałem o Nicku pyskującym muzykom Dream Theater, z zainteresowaniem – o tournée z Crowbar, na którym Kirk Windstein tworzył demówki na debiut Down. Sporo się dzieje też na pierwszej trasie po Stanach (to wydarzenie ma nawet osoby rozdział w książce), na której muzycy musieli szybko dorosnąć i zrozumieć, że nie wszędzie będą uwielbiani. Pamiętający Metalmanię z 2002 roku mogą się zdziwić, że parodiowanie innych wykonawców nie było jednorazowym wybrykiem. Zresztą, autorka porównuje poczucie humoru Holmesa do cynizmu Dr House’a. I trzeba przyznać, że jest to celne zestawienie. Nick był rozczarowany filmem Pasja, bo za mało tam było pościgów samochodowych. Równie uroczo mówi o glucie Tony’ego Iommiego, wymarzonych Walentynkach czy starożytnym plemieniu królów cienia.

W Raju dla Cyników – poza licznymi faktami z życia zespołu – mamy mnóstwo wypowiedzi ludzi z branży. Dowiecie się, co o zespole mają do powiedzenia Hammy z Peaceville (jak się okazało – to nie on wyprodukował Gothic), Simon Efemey, Steve Lyon, Dig Pearson, Ross Dolan, Varg Vikernes, Mille Petrozza czy Aaron Strainthrope. Aż trudno uwierzyć ilu ważnych muzyków z deathowej i blackowej czołówki było pod wrażeniem wczesnej twórczości Anglików (od Autopsy, Entombed, Unleashed, Incantation do Burzum, DarkThrone czy Immortal). Pearson opowiada o dwóch nieudanych podejściach do Brytoli, Dolan zachwyca się perfekcyjnym growlingiem z Frozen Illusion, a muzycy My Dying Bride zdradzają dlaczego byli wkurzeni na Paradise Lost. Autorka dotarła też do Waldemara Czapskiego, szefa klubu Fugazi, w którym puszczono gaz łzawiący. Te wypowiedzi nie tylko uatrakcyjniają lekturę, ale też pokazują, że w latach 90. zespół naprawdę grał w ekstraklasie metalu. Sam się wzruszyłem przy rozdziale o czasach podziemnych, kiedy czytałem o tape tradingu. Szybko przypomniałem sobie podwórkową wymianę taśm z kolegami.

Pod koniec (od 2005 roku) książka przyspiesza, rozdziały są bardziej syntetyczne, aczkolwiek ciągle można trafić na nieznane ciekawostki. Autorka najwięcej uwagi poświęciła latom 90., o co zresztą trudno mieć pretensje, bo były to lata ciekawsze i bardziej różnorodne stylistycznie. Dostaniecie ogromną dawkę informacji zarówno o pierwszych pięciu płytach, które wielu ciągle uważa za najlepszy czas Paradise Lost i poznacie tajniki okresu eksperymentalnego. W tym drugim warto zwrócić uwagę na analizę tekstów z One Second, powody dla którym Lee Morris opuścił zespół i stan psychiczny Grega przy pracy nad Symbol of Life. Choć największe brawa należą się za rozdział o Host. Nie wszyscy widzą, że ówczesne życie osobiste Holmesa miało ogromny wpływ na kształt tej płyty. Znacznie większy niż szefowie EMI.

Podczas kartkowania lektury potknąłem się o kilka literówek, ale nie było ich tak wiele (na pewno nie więcej niż w biografiach Judas Priest, Guns N'Roses czy Jaskini Hałasu), by odwróciły uwagę od wartości merytorycznej książki. A tą z czystym sumieniem polecam każdemu, kto ciągle ma słabość do Brytoli. Odbędziecie podróż sentymentalną, a jednocześnie dowiecie się rzeczy, o których dotąd nie mieliście pojęcia. Dodam jeszcze, że lektura nie została napisana z pozycja kolan. Czuć pasję, ale też duży dystans do zespołu. Dzięki takiemu podejściu mamy nietypowe spojrzenie na Believe in Nothing (autorka stara się wyjaśnić, dlaczego muzycy nagle przestali lubić tę płytę) i niewygodne cytaty z przeszłości na temat gothic metalu :) Całość uzupełniają unikalne zdjęcia z całej historii kapeli. Raj dla Cyników świetnie wypełnił lukę po No Celebration. Na dziś to zdecydowanie najbardziej wyczerpującą i szczegółowa pozycja o zespole, napisana w przystępny sposób, z dużą pasją.

Piotr Manelski



Bardzo dobrze się stało, że mamy wreszcie na rynku pierwszą prawdziwą, rzetelną i dogłębną książkę o Paradise Lost. W tej sytuacji nie pozostaje nic innego jak przywołać tutaj coś, co jest jest zupełną odwrotnością powyższej pozycji. Swego czasu na polskim rynku ukazała się bardzo dziwna pozycja niejakiego pana Jeleniewskiego pod tytułem "Ikona". Dziwna, bo zupełnie nie trafiona, przekręcona z każdej strony, na domiar złego reklamowana przez samego autora jak niemalże bestseller i tudzież przez niego samego wychwalana pod niebiosa, co gorsza tytułowana jako pierwsza biografia lub książka na temat Paradise Lost i to na całym Bożym świecie. Każdy szanujący się fan Paradise Lost zna wiele innych biografii, jak choćby tą, która ukazała się swego czasu w magazynie "Pure Metal". Obszerniejszą i - co najważniejsze - na temat. Nie można tutaj zapomnieć również o Kaśce Krakowiak, która dla polskiego "Metal Hammera" przelała tony czcionek na temat Paradise Lost. Pojawiła się też wkładka w "Teraz Rocku", warto nawet wspomnieć o filmie "Over the Madness". Wprawdzie żadnej z powyższych pozycji nie można nazwać pierwszą książką o Paradise Lost, ale wszystkie wymienione biografie są rzetelniejsze niż oferta pana Jeleniewskiego.
Żeby nie być gołosłownym, przedstawiamy recenzje Ikony, pana Piotra Manelskiego i pana Radomira Wasilewskiego:





TOMASZ JELENIEWSKI - IKONA / recenzje /



"Dotarcie do materiałów źródłowych było niełatwym zadaniem. Polska prasa nigdy nie rozpisywała się na temat zespołu" – to zdanie pochodzi z notki reklamującej Ikonę Tomasza Jeleniewskiego (2010). Z jednej strony ta informacja wyostrzyła mój apetyt, ale z drugiej kazała zachować dystans, bo przecież w pierwszej połowie lat 90. Brytyjczycy byli pupilkami polskiego „Metal Hammera”. Koniec końców okazało się, że się, że wszystkie materiały, zawarte w Ikonie, wiszą na polskiej stronie Paradise Lost i pochodzą... z rodzimej prasy :) Ciągle się zastanawiam, czy należy tę lekturę porównywać z Rajem dla Cyników. Być może lepszym punktem odniesienia byłby syntetyczny „Pure Metal”, z którego Małgorzata Gołębiewska rozwinęła swoją lekturę. Ale nawet w tym starciu Jeleniewski przegrywa – zarówno pod względem objętości („Pure Metal” był dwa razy dłuższy), jak i samej treści. Ikonę wypuszczono jednak w formacie książkowym, więc porównania same się nasuwają.

Teoretycznie można by powiedzieć, że warto polecić Ikonę tym, którzy dopiero zaczynają przygodę z Paradise Lost. Dostaliby zespół w pigułce, bo taki był pomysł autora. Miało być syntetycznie, bez zaskoczenia i grzebania w historii. Ot, lektura dla początkujących, spajająca materiały z polskiej prasy. Taka forma zdałaby egzamin, gdyby nie liczne błędy w publikacji. Mam wrażenie, że autor coś tam wie, pewnie nawet lubi Paradise Lost, ale kompletnie nie potrafi zrobić użytku ze znalezionych informacji. Metal.Archives to przydatne narzędzie, ale czasem kłamie, choćby w kwestii demówek Anglików. Również w Ikonie kawałek Morbid Existence zyskał rangę „oficjalnego” dema (zdaniem autora Paradise Lost najpierw wypuścił demo Morbid Existence, które nie zyskało uznania, a Drown in Darkness to druga demówka), podobnie jak bootleg Plains of Desolation (nawet notka do reedycji Drown in Darkness mówi, że to bootleg). Your Hand in Mine rozpoczynają akustyki, Academy Studios mieściło się w Bradford, a w Fugazi gaz łzawiący rozpylił ktoś z publiczności. In Dub poprzedził wydanie Lost Paradise, Harmony Breaks zawiera teledysk do Sweetness (wiedzieliście, że taki powstał?), a na VHS One Second Live kapela dołączyła klipy… nakręcone po wydaniu tej taśmy. (So Much is Lost i Permanent Solution). Można trafić na niesprawdzone źródła, ale w tej ostatniej kwestii autor nawet nie zastanowił się nad chronologią i zmianą wytwórni.

Bardzo lubię Paradise Lost, dlatego trudno mi przejść obojętnie obok wspomnianych przeinaczeń (w książce – niestety – jest ich jeszcze więcej), tym bardziej, że nie są to wybaczalne pomyłki, wynikające ze zwykłego gapiostwa. Myślę sobie o młodych fanach, którzy to przeczytają i potem będą szukać na One Second Live „brakujących” teledysków, bo przecież tak napisano w książce. Choć największe zdziwienie wywołuje opis pierwszej trasy po USA. Jeleniewski stwierdził, że przebiegała w pogodnej atmosferze i była udana (przy okazji znowu mamy skopaną chronologię, bo grupa pojechała na tournée po nagraniu Icon, natomiast Jeleniewski przedstawił odwrotną sytuację). Autentycznie mnie ciekawi, skąd autor wytrzasnął tę informację, bo muzycy w KAŻDYM wywiadzie mówili o porażce i fatalnych nastrojach. Podobnie jest z inspiracją... My Dying Bride. Przy opisie Shattered z Gothic mamy taki fragment: „Sposób gry na gitarze Mackintosha wskazuje na inspirację My Dying Bride. Na całym albumie jest zresztą wiele momentów, które mogłyby wskazywać na to, że obie grupy wzajemnie podkradały sobie co ciekawsze pomysły". Ciekawie jest też przy reedycji demówek: „Na Drown in Darkness słyszalne są wyraźne wpływy Bathory, Celtic Frost, wczesnego My Dying Bride czy Autopsy". Wygląda na to, że Paradise Lost inspirował się My Dying Bride w chwili, gdy My Dying Bride jeszcze nie istniał (Drown in Darknes/Frozen Illusion) i w chwili, gdy My Dying Bride dopiero rejestrował swoje demo (Gothic). Tu wyszła totalna nieznajomość kontekstów historycznych, bo nie sądzę, by autor nie znał znaczenia słów, których używa.

Chciałbym docenić starania Jeleniewskiego, ale czy mogę poważnie potraktować książkę, w której przedstawiano alternatywną rzeczywistość? Owszem, ów dżentelmen starał się skleić materiały w spójną całość, ale wielu rzeczy nie sprawdził. To nie jest drobna pomyłka, z której sam autor by się śmiał, gdy ją odkrył ,ale szereg błędów merytorycznych, wynikających ze słabej orientacji w temacie. Zastanawia mnie też brak polskiej strony Paradise Lost w bibliografii, tym bardziej, że Jeleniewski musiał z niej korzystać (nie chodzi tylko o skany w galerii, ale także o autorskie wywiady z tej witryny i kilka informacji, które zostały przepisane słowo w słowo). Przy pisaniu biografii konieczna jest umiejętność weryfikowania materiałów i umieszczanie ich w kontekście historycznym. Tego niestety tu zabrakło. Żałuję, że tak się stało, bo fani mogli dostać dwie konkurencyjne pozycje o ulubionym zespole. Na razie Raj dla Cyników jest jedyną rzetelną książką o Anglikach.

Piotr Manelski



Czytanie recenzji płyt zawsze sprawiało mi dużo frajdy. Na tej podstawie można się dowiedzieć, czy warto zapoznać się z daną pozycją w dyskografii zespołu, a jeśli już się ją zna, to wówczas skonfrontować własne przemyślenia z odczuciami autora recenzji. By jednak było to możliwe, autor takiej recenzji musi być człowiekiem obeznanym w świecie muzycznym, znać dobrze historię muzyki, musi mieć wyczucie, co z czym porównać, by dokonać trafnego osądu i wreszcie musi dobrze posługiwać się językiem polskim, by jego opisy muzyki były plastyczne i trafiały do odbiorcy. Jeśli autor recenzji tego nie potrafi, to w najlepszym razie popełni grafomanię twórczą, natomiast w najgorszym – namiesza w głowach czytelników i wypaczy im obraz danej płyty czy utworu.

Książka pana Jeleniewskiego zatytułowana Ikona, opowiadająca między innymi o dwunastu pierwszych płytach Paradise Lost, jest niestety najlepszym dowodem na to, w jaki sposób nie powinno się pisać o muzyce. Przyznam się szczerze, że czytając tę książkę przeżyłem wielokrotnie olbrzymi szok, gdyż okazuje się, że by pisać recenzje płyt danego zespołu, wcale nie trzeba się znać na muzyce, nie jest potrzebne rozróżnianie poszczególnych gatunków muzyki metalowej, czy też znajomość ich historii, ba, nie trzeba nawet być osłuchanym z utworami opisywanego zespołu, a nawet je rozróżniać. Wystarczy wziąć kilka stereotypowych - nie zawsze prawdziwych - tez, zerżnąć bezkrytycznie pewne rzeczy z Wikipedii, walnąć różnymi banałami i już możemy pisać książkę. A że czytelnik będzie miał wypaczony obraz rzeczywistości – czy to takie ważne, skoro już kupił książkę i autor zarobił parę złociszy?

Ponieważ jestem fanem Paradise Lost od 1991 r., to mi takie podejście do twórczej pracy bardzo mi się nie podoba. I dlatego też poniżej możecie państwo przeczytać dokładnie, jakich to dziwnych i nieprawdziwych rzeczy, a także zwykłych głupot o muzyce Paradise Lost i nie tylko, można się dowiedzieć z książki Pana Jeleniewskiego.

A z grubej rury autor uderza już we wstępnym rozdziale. „Lata 90. były dla metalu bez wątpienia okresem niezwykłym. W owym czasie nastąpiła swoista eksplozja (i ekspansja) nowych form, zdecydowanych i śmiałych, takich jak death (charakteryzujący się growlingiem), black (brzmienia silnie przesterowane, szybkie partie gitar i perkusji) czy doom metal (ciężki i powolny wokal, depresyjne teksty)” – takie coś można wyczytać w Ikonie. Zerżnięte z Wikipedii opisy poszczególnych gatunków muzyki metalowej pozostawię bez komentarza, nie mogę jednak zostawić ot tak sobie faktu, że żaden z wymienionych gatunków muzycznych nie był nowym na początku lat 90. Death metal narodził się w 1985 r., gdy amerykański Possessed wydał płytę Seven Churches, doom metal rok później, gdy szwedzki Candlemass wydał Epicus Doomicus Metallicus (niektórzy wskazują jeszcze wcześniejsze daty), a black metal w 1981 r., gdy Venom wypuścił Welcome to hell.

Dalej ze zdumieniem dowiedziałem się od autora Ikony, że death lub black metalowy radykalizm (wskazanie, który konkretnie jest ponad moje siły) występował na debiutach Cathedral i Type O’Negative, a także, że za pierwszą płytę definiującą tzw. gothic metal powszechnie uważa się drugi album Paradise Lost. Pomijając już fakt, że ta teza wcale nie jest powszechna, to chyba nawet sam Jeleniewski nie jest jej pewny, skoro trzy zdania wcześniej pisze, że na pierwszych dwóch płytach Paradise Lost grali doom/death. To jak to w końcu jest panie Tomaszu? „Gothic” to jest gothic metal czy doom/death, bo już się kompletnie pogubiłem?

Przy opisie utworów z Lost Paradise też można się pogubić. Najpierw autor wskazuje, że Deadly Inner Sense to prawdziwy klasyk zespołu a kilka stron dalej pisze, że na debiucie poza Rotting Misery i Breading Fear nie ma dobrych utworów. Wychodzi więc na to, że kiepski numer stał się klasykiem. Dowiedziałem się również z tej książki, że Frozen Illusion jest prawie instrumentalnym utworem, a klawisze w utworze Paradise Lost są mało przekonujące. Fakt, nie są to smyki czy orkiestracje, które, jak można wyczytać z dalszej części książki, autorowi leżą najbardziej.

Z kolei przy czytaniu o Gothic gul mi podskoczył, gdy mi wyjaśniono, że w Dead Emotion słychać niepewność, jaka cechuje grę Mackintosha. Panie Jeleniewski, toż w tym utworze jest jedna z najlepszych solówek Grega na płycie, broniącą się zresztą także w zestawieniu z bardziej technicznym graniem z kolejnych dwóch albumów. Czy aby na pewno słuchaliśmy tych samych utworów? Dowiedziałem się też, że połączenie brutalności i subtelności muzycznej z Gothic było w 1991 r. czymś unikatowym. Znowu wydawało mi się, że każdy fan Paradise Lost słyszał o Into the pandemonium Celtic Frost i o wpływie tej płyty na Gothic, okazuje się jednak, że byłem w błędzie. Pozostawię to bez komentarza.

O źle podpisanych empetrójkach w trakcie słuchania przez autora Ikony Shades of God pisali już inni, mnie natomiast zdumiał bezkrytycznie napisany fragment o udziale klawiszy na tym krążku. Bo że ich nie ma w płytowym zestawie utworów, a pojawiają się jedynie w pochodzącym z tej samej sesji a wydanym na singlu As I Die utworze Death walks behind you, to też myślałem, że wie każdy, kto choć kilka razy Shades of God przesłuchał. Jak widać znowu byłem naiwny. Podobnie rzecz się ma z podobno wszechobecnymi w twórczości Paradise Lost wpływami thrash metalu, którego to gatunku autor książki chyba zbyt wiele w swoim życiu nie słuchał. Odnieść można wrażenie, że dla pana Jeleniewskiego każdy „piłowany” riff Aarona Aedy’ego to już thrash, czego efektem jest dość kuriozalne dopatrywanie się elementów tego gatunku metalu w takich utworach jak Blood of Another, Fallen Children, czy w kawałkach z płyty PLX.

Jednak najbardziej zabawnie robi się, gdy autor Ikony dojeżdża do płyt z eksperymentalnego okresu twórczości zespołu. Można się wówczas dowiedzieć wielu „ciekawostek”, że np. „One second to utwór o niemal tanecznym feelingu”, że „w Soul Courageous zespół brzmi goth’n’rollowo” (autor niestety nie wyjaśnił tego pojęcia, a szkoda), że „Sane może się kojarzyć z Sentenced czy Metalliką”, że „In All Honesty to gotycko-popowy numer z trochę nazbyt naiwnym refrenem, mogącym się kojarzyć bardziej z nurtem new romantic z lat 80 niż z gotycką „mroczną falą”, że „Year of summer jest zdecydowanie najsłabszym numerem na Host” (i tyle w temacie tego utworu), że „utwór Host to bardzo przyzwoity, balladowy epilog płyty”, że „Mouth przynosi subtelne inspiracje brzmieniem zespołu Korn”, że „refrenu do Fader nie powstydziłby się niejeden boysband”, że „Something Real ma refren, który raczej denerwuje niż przykuwa uwagę” (i tyle w temacie tego utworu) a „w Control nie ma niczego interesującego”. U mnie zaś rodzi się nieodparcie pytanie, czy ta biografia Paradise Lost to jest na poważnie, czy tez to tylko głupi i mało śmieszny żart? Bo aż trudno mi uwierzyć, by ktoś się mógł podpisywać na serio pod takim stekiem bzdur. A może - cytując byłą narzeczoną Nergala - w czasie pisania książki był po prostu napruty winem, tudzież ujarany ziołem.

A jak się okazuje to jeszcze nie koniec tego typu kwiatków. Z ostatnich rozdziałów książki można się jeszcze dowiedzieć, że „Two worlds to kompozycja o wyraźnie nu metalowym zacięciu zarówno pod względem rytmicznym jak i gitarowym. Słychać w niej trochę Korna a nawet Linkin Park, a śpiew Holmesa przypomina Eddiego Veddera z Pearl Jam”. Wpływów nu metalowych autor Ikony dopatrzył się też w Channel for the pain, a w Grey pojawia się lekko popowy refren, stworzony bez większego pomysłu i zdecydowanie psujący pozytywny odbiór całości. Z kolei w Accept the Pain zdaniem Pana Jeleniewskiego Greg Mackintosh gra bardzo konkretną solówkę (jak pamiętamy w Dead Emotion ta gra była niepewna).

Doskonałym podsumowaniem tych wszystkich fantazji Pana Jeleniewskiego jest jego opis utworu Your own reality z In requiem. Zdaniem autora w tym utworze jest wszystko, co stanowi kwintesencję stylu Paradise Lost, a więc instrumenty smyczkowe, syntezatory, spokojny wokal Holmesa i oszczędne solówki Mackintosha. Skoro te właśnie elementy stanowią kwintesencję stylistyki zespołu, to trudno się dziwić, że wyszła taka a nie inna książka. Ma ona tyle wspólnego z rzeczywistością, co powyższa definicja z faktyczną stylistyką grupy i jej największymi atutami.

Na koniec będzie coś pozytywnego. Lektura Ikony dała mi też sporo radochy, w wielu momentach wręcz pękałem ze śmiechu, bo lubię zarówno czytać jak i oglądać komedie. Dzięki tej książce kilka posiedzeń w toalecie upłynęło mi niczym z bicza strzelił i do tego skutecznie. Jeśli więc lubicie się Państwo pośmiać, to proponuję poszukać tej książki, a następnie przeczytać w tych samych okolicznościach, jak mi się to zdarzyło. A jeśli akurat zabraknie Państwu papieru toaletowego, to bez żalu wykorzystacie do tej roli swoje wydruki.

Radomir Wasilewski



Kilka słów od autora strony:



Obok "Ikony" można byłoby przejść obojętnie, ale ogrom pomyłek tudzież nieprawdziwych i odwrotnych do rzeczywistości sytuacji w tej pozycji po prostu przeraża. Nie mam pojęcia, co autor chciał osiągnąć, nieudolnie sklecając przepisane słowo w słowo informacje z polskiej prasy (choć, jak twierdziły reklamy, polska prasa o Paradise Lost się nie rozpisywała) i krojąc zawartości Internetu (również te autorskie, nie zaznaczając przy tym niektórych źródeł). Brak jakiegokolwiek profesjonalizmu, a także bijący po oczach podstawowy brak wiedzy o historii Paradise Lost po prostu zatrważa. Proszę zwrócić choćby uwagę na ten wywiad tutaj - , gdzie padło pytanie o koncerty Paradise Lost i odpowiedź pana Jeleniewskiego, który - przepraszam, ale - w tej sytuacji zbłaźnił się już kompletnie. Akurat do tej pory zaliczyłem jedenaście koncertów tego zespołu i za każdym razem nie było większych problemów żeby pogadać z Nickiem, Gregiem i pozostałymi członkami Paradise Lost. Po wspomnianym koncercie w 1999 roku w Warszawskiej Proximie chyba największa liczba fanów miała przyjemność z nimi pogadać, wziąć autografy i poprzybijać piątki. Pamiętam ten wieczór doskonale, bo na moją prośbę z odjeżdżającego już autokaru wyszedł sam Greg Mackintosh i przypozował do zdjęcia, którego tylko z nim zapomniałem sobie wcześniej zrobić! Nie mam pojęcia, dlaczego pan Jeleniewski wygaduje takie bzdury… W sumie mniejsza z tym. Bardziej przerażają herezje przedstawione w "Ikonie":

- singiel "In Dub" poprzedził wydanie albumu "Lost Paradise". Bez komentarza.

- najpierw Paradise Lost nagrali demo "Morbid Existence", ale nie zyskało ono uznania. "Drown In Darkness" to drugie demo, trzecim jest bootleg "Plain Of Desolation", a czwartym - "Frozen Illusion". Dema rozmnożone niczym chleb w Biblii.

- trasa po USA nie dość że udana, to jeszcze na początku 1993 roku, przed nagraniem "Icon".

- na VHS "One Second Live" mamy videoklipy do "So Much Is Lost" i "Permanent Solution". Dziwne, że zostały nakręcone rok przed ich premierą.

- na VHS "Harmony Breaks" jest klip do Sweetness. Też dziwne, bo taki nigdy nie został stworzony.

- kolejne wydania CD "Shades Of God" zawierały już utwór "As I Die". Pierwsze wydanie przecież też miało, kawałek nie trafił tylko na winyl. W "Ikonie" konstrukcja tekstu sugeruje, że piosenka ujrzała światło dzienne dopiero na epce "As I Die" z października 1992 roku.

- Ciekawy jest tez opis "The Singles Collection" - "nie jest to typowy best of, oprócz uznanych hitów znalazły sie tu także utworu ze stron B singli". To fajnie, tylko że to jest box, zawierający tylko EPKI zespołu!

- Paradise Lost inspirował się My Dying Bride na demówkach (!!!), poza tym w "Shattered" słychać, że Greg też się inspiruje MDB (i generalnie na całym "Gothic"). Też fajnie, ale w tym czasie MDB nie miał na koncie żadnej płyty, a w czasie demówek w ogóle nie istniał.

- "Your Hand in Mine" podobno zaczynają akustyki, a w "No Forgiveness" czyste wokale. Tak to jest jak ktoś ma źle opisane MP3, bo jest dokładnie odwrotnie.

- "Pity the Sadness" jest wzbogacony o bridge z gitarą akustyczną. Znowu źle podpisane mp3, bo taka wstawka pojawia się w "Daylight Torn". Autor nie pamięta nawet największych hitów kapeli

- Według autora w Fugazi ktoś z publiczności sypnął gazem łzawiącym… każdy wie, że ochrona to zrobiła.

- Embers Fire dostał nagrodę za najlepsze wideo w 1994, a nie w 1993.

- Hammy nie wyprodukowal "Gothic". To w sumie często powtarzany błąd, można nie wiedzieć, ale warto było drążyć temat, jak już się „książkę” pisze.

- Academy Studios nie znajduje się w Bradford - wystarczyło zapytać Wikipedię

- W 1996 odbyła się trasa z My Dying Bride po USA. Bardzo dziwne, bo nigdy takiej nie było



Takich kwiatków w „dziele” pana Jeleniewskiego jest jeszcze więcej, ale chyba nie ma już większego sensu wypisywanie ich. Równie przerażający co do zawartości tej pozycji, jest sam zachwyt z wykonanej „pracy” i sztuczny lans pana Jeleniewskiego, nachalnie pojawiający się w mediach. Ktoś tutaj na siłę stara się wypromować, wciskając ludziom jeden wielki kit, tym bardziej dziwi, że w ogóle ktoś chciał wydać "Ikonę" i w ogóle podjął się współpracy z panem Jeleniewskim – mistrzem autokompromitacji. Bardzo dobrze, że właśnie teraz na rynku pojawiła się pozycja M. Gołębiewskiej, która w prawidłowy, prawdziwy i bardzo obszerny sposób obrazuje historię Paradise Lost. Duże brawa dla autorki za konkretne i fachowe podejście do tematu, brak sztucznego lansu w mediach i wciskania ludziom idiotyzmów.

P.S. Szczerze mówiąc tylko raz poświęciłem swój cenny czas ( bodajże dwie minuty mogłem tylko w tym przypadku poświęcić ), aby pomyśleć nad szczerym wywiadem z panem Jeleniewskim ( tuż po wydaniu jego arcydzieła ), ale zanim zdążyłem cokolwiek pomyśleć ów człek sam postanowił nabazgrać do mnie parę jak zwykle nie bardzo przemyślanych słowotoków i bez aprobaty zarzucił mojej osobie zawiść, zazdrość i brak poparcia dla jego genialnej w swoim mniemaniu inicjatywy. Powiem krótko, kopara opadła mi do samej ziemi i doprawdy ciężko było dojść do siebie przez kilka tygodni. Gdy już się pozbierałem ( w miarę i jako tako ), przypomniałem sobie, że ów osobnik napomknął w tamtym czasie o tym, że dzięki niemu ludzie zaczęli kupować płyty Paradise Lost, no i chcąc nie chcąc znów przez kilka tygodni nie potrafiłem ruszać gębą. Ale mniejsza z tym, bardziej zdumiewa fakt pojawienia się w sporej ilości komentarzach internetowych dotyczących zespołu Paradise Lost zachęty do kupna Ikony, wychwalania tej pozycji pod niebiosa i wskazywania dokładnych źródeł, gdzie w ów geniusz twórczy można się zaopatrzyć, a to pod pierwszymi, lepszymi klipami na You Tube, a to pod recenzjami poszczególnych albumów, tudzież wywiadami z zespołem, a co najciekawsze nawet w komentarzach pozycji wydawnictw Paradise Lost, które są do ściągnięcia na zwykłych tor rentach! Wnioskować z tego można, że autor w zwykły i najbardziej prostacki sposób chciał najmniejszym nakładem pracy wykreować swoją postać i wycyckać kasę od fanów tego zespołu - po prostu żenada na maxa…

P.S. 2 Korzystając z okazji odnośnie kontaktów z management Paradise Lost, dowiedziałem się, że publikacja M.Gołębiewskiej, "Raj Dla Cyników" jest jedyną pozycją książkową o której wie zespół. POWIEM KRÓTKO: I CHWAŁA BOGU!!!

P.S. 3 Tak jeszcze na marginesie, cieszę się, że autor odwiedził moją stronę i czerpał z niej wiedzę o zespole, ale w przypływie tej euforii zapomniał podać źródło, z którego skorzystał. Nie to żebym nie mógł spać po nocach z tego powodu, ale autor "Ikony" - jako twórca - sam powinien mieć szacunek do czyjejś pracy. Tym bardziej, że sam chciałby być szanowany przez swoich czytelników.

P.S. 4 Do pana Prezydenta Słupska: - kocham Cię człowieku!

























EXCLUSIVE INTERVIEW



Od kilku lat przy okazji wydania każdej nowej płyty przeprowadzam rozmowy z Nickiem Holmesem dla strony paradiselost.pl. Zazwyczaj jest bardzo sympatycznie, trochę poważnie, trochę wesoło i tak też było tym razem. Nick jak zawsze zadzwonił punktualnie co do minuty, był to jego pierwszy wywiad tego dnia więc przywitał mnie pełen energii, a ustalony na pół godziny wywiad bez problemu przedłużyliśmy o parę minut.

Nick: Siema, z tej strony Nick z Paradise Lost

Koala: Cześć Nick, jak się dzisiaj miewasz?

Nick: Dzięki, dobrze, a jak u ciebie?

Koala: Świetnie, czekałem właśnie na twój telefon. Tradycyjnie dzięki uprzejmości Century Media przeprowadzam z tobą wywiad dla polskiej strony Paradise Lost prowadzonej przez Sebastiana.

Nick: OK.

Koala: Pierwsze pytanie, czy podoba ci się nowy album?

Nick: Tak oczywiście, nie wydalibyśmy go, gdyby nam się nie podobał (śmiech). Zdecydowanie spełnia nasze oczekiwania. Myślę, że rzadko zdarza się, by nowa muzyka nie podobała się jej twórcy. Zawsze jest tak, że to, co wydajemy reprezentuje to gdzie muzycznie jesteśmy w danym momencie więc tak, jestem z niego bardzo zadowolony.

Koala: Przeczytałem gdzieś, że miałeś trudności z pisaniem tekstów do Tragic Idol, o co konkretnie chodziło?

Nick: Nie tyle miałem trudności, co po prostu postanowiłem napisać je wszystkie za jednym podejściem, zasiadając do pisania nie miałem w głowie żadnych pomysłów. Zazwyczaj moje teksty powstawały równolegle do muzyki, tym razem napisałem je, jak wszystkie utwory były już skończone, ale mam wrażenie, że to sprawiło, iż tym razem teksty są dużo lepsze. Trudność polegała na presji czasu, nie na samym pisaniu. Wisiał nade mną termin, w którym musiałem się zmieścić, nakładanie ograniczeń czasowych na proces twórczy jest wkurzające, ale tak to już jest. Ustawiłem sobie wysoko poprzeczkę, nie chciałem pisać jakiegoś gówna więc zmieszczenie się w terminie i sprostanie moim własnym oczekiwaniom, co do tekstu było dosyć stresujące. Przynajmniej spróbowałem zrobić to inaczej niż zwykle.

Koala: A kim jest tragiczny idol? Czy miałeś na myśli kogoś konkretnego, kiedy wpadłeś na taki pomysł?

Nick: Nie, wpadłem na ten pomysł około półtora roku temu, po pierwsze spodobał mi się tytuł, brzmi jak coś, co już dawno powinno zostać przez kogoś wykorzystane, ale nie było; kojarzy mi się ze starymi dobrymi tytułami metalowych albumów. Odnosi się do pełnej sprzeczności sytuacji człowieka, który sam siebie nienawidzi, jest nieszczęśliwy, ale jednocześnie jest wielbiony przez miliony. Pod maską idola ukrywa się nieszczęśliwa osoba.

Koala: Z perspektywy czasu, czy myślisz, że w którymś momencie swojej kariery osiągnąłeś taki stan?

Nick: Nie, zdecydowanie nie. Kiedy myślę o ludziach, którzy dla mnie byli idolami, to myślę o twórcach wielkich rzeczy, myślę o nich jako kimś lepszym niż szary, głupi człowiek. Sądzę, że nie osiągnęliśmy nigdy takiego poziomu, żeby być aż tak wynoszonymi na piedestał.

Koala: Czy koncepcja tragicznego idola spaja jakoś treść utworów, czy może jest to tylko tytuł albumu i utworu?

Nick: Nie, wszystkie utwory są o czymś innym, nie ma tu żadnej koncepcji. Całe życie poruszam w zasadzie te same tematy, z czasem zmienia mi się po prostu perspektywa, z jakiej patrzę na te tematy. Życie wygląda zupełnie inaczej kiedy masz 21 lat i kiedy masz lat 41, ale wiem jedno - kiedy się starzejesz wiele się nie zmienia, problemy pozostają takie same.

Koala: Czy piekło w utworze „Fear of Impending Hell” ma charakter metaforyczny, czy może zacząłeś wierzyć w takie koncepty jak piekło i niebo?

Nick: To oczywiście metafora, tak jak wszystko co odnosi się do fikcji. Chodzi o piekło na ziemi, są osoby, które wiodą szczęśliwe życie, po czym przez jakieś niewielkie wydarzenie ich życie ulega odwróceniu o 180 stopni. Świadomość, że w każdej chwili wszystko może trafić szlag jest przerażająca. Strach, o którym mówi tytuł jest często wywoływany przez rozmyślanie nad różnymi rzeczami, a to jest często wywoływane przez alkohol (śmiech). Ja najczęściej zaczynam bać się czegoś nieokreślonego kiedy mam kaca.

Koala: Słowa twojego ojca zainspirowały podobno utwór Crucify, ale też teksty napisane na Host po jego śmierci były bardzo głębokie, czy twój ojciec był dla ciebie wielką inspiracją?

Nick: Był postacią interesującą, ale nie powiedziałbym od razu, że inspirującą. Myślę o nim jak o ojcu, a nie można oceniać ojca, póki samemu się nim nie zostanie. Ja wychowuję dzieci kompletnie inaczej, można by pomyśleć, że nie jesteśmy spokrewnieni, umarł około 12 lat temu więc ciężko mi teraz przypomnieć sobie pewne rzeczy, na pewno jest tak, że z niektórymi jego cechami, czy podejściem do życia się zgadzałem, a z innymi nie, jesteśmy zupełnie inni, tak samo mój brat – jest też zupełnie inny niż nasz tata. Z pewnością był dobrym człowiekiem, żył jak przeciętny anglik, ale był moim ojcem…

Koala: Podoba mi się stylistyczna zmiana w waszych okładkach (Tragic Idol, ale też koncert Draconian Times), czyim pomysłem było odejście od gotyckich grafik, na rzecz czegoś bardziej kolorowego?

Nick: Mi też się podobają, zawsze lubiłem kolorowe okładki Cathedral, są barwne, a jednocześnie mroczne. Lubię okładki, które kojarzą mi się z pracami Hieronima Boscha. Tragic Idol ma bardzo złożoną grafikę, kojarzy mi się z fantastyką, ale też ze stylem art deco, który bardzo lubimy. Sztuka jest bardzo subiektywna i jest jedną z tych rzeczy, w przypadku których trudno trafić w gusta kilku ludzi, cokolwiek wybierzesz, zawsze znajdzie się kilka osób, którym to się nie spodoba. Przed powstaniem płyty długo zastanawiam się nad tym, czego chcemy, a kiedy album jest już prawie nagrany sprawdzamy, które z naszych pomysłów przetrwały i do tego dążymy wybierając końcową grafikę.

Koala: A jaka jest twoja interpretacja grafiki zdobiącej Tragic Idol?

Nick: Valnoir zrobił rzecz w swoim stylu - wenecka grafika, maska - myślę, że nie ma tu żadnych ukrytych znaczeń, poza tym oczywistym z maską – ładny obrazek, nieprawdaż?

Koala: Były jakieś inne propozycje okładek?

Nick: Było trochę innych grafik, ale celowaliśmy w coś, co będzie ikoniczne, łatwe do zapamiętania, może odważne, pojedynczy trafny obrazek.

Koala: Wróćmy do muzyki. Jaka twoim zdaniem jest różnica między nowym albumem, a poprzednim?

Nick: Nowy album jest bardziej melodyjny niż poprzedni, wydaje mi się, że kompozycje są bardziej spójne, każdy utwór jest dobry jako oddzielny byt, ale wszystkie razem stanowią spójne dzieło i fantastycznie ze sobą współgrają. Wydaje mi się, że nie nagraliśmy żadnego słabego kawałka, czasami ostateczne wersje utworów okazują się być słabe, bo tak to już jest, ale w przypadku Tragic Idol wszystkie utwory są bardzo dobre i jestem z tego bardzo zadowolony. Jest na nim dużo odniesień do naszych korzeni, do klasycznego metalu, zespołów, których słuchaliśmy jako dzieciaki. Świadomie się ku temu skłanialiśmy.

Koala: Jak układała się wam ponowna współpraca z Jensem Bogrenem?

Nick: Bardzo dobrze, mieliśmy około 6 tygodni na nagranie albumu, z czego cztery spędziliśmy w Chapel Studios, a w pozostałe dwa nagrałem wokale w Szwecji. Było w porządku, be żadnych nieporozumień.

Koala: Dlaczego na Tragic Idol zrezygnowaliście z klawiszy i przywróciliście znane z SoG smaczki akustyczne?

Nick: Utwór otwierający album – Solitary One – zawiera partie klawiszy, a w zasadzie pianina, ale tak poza tym po prostu nie czuliśmy takiej potrzeby. Nie chcieliśmy nagrywać klawiszy dla sztuki samej w sobie. Zawsze jest tak, że jak ktoś zastosuje jakiś dobry patent w muzyce metalowej, nagle wszyscy zaczynają go stosować - tak było np. z klawiszami i śpiewającymi paniami, w pewnym momencie robi się tego za dużo. Nagraliśmy wiele rzeczy z jeszcze większą ilością klawiszy, ale tym razem nie wydawało się nam to właściwe, chcieliśmy nagrać rzecz stricte metalową, pozbawioną niepotrzebnych dodatków.

Koala: Czy trasa upamiętniająca Draconian Times wpłynęła jakoś na powstające do nowego albumu kompozycje?

Nick: Na mnie osobiście zupełnie nie wpłynęła. Może na jakimś poziomie podświadomości tak, ale generalnie nie lubię patrzeć w przeszłość, nie chcę żebyśmy brzmieli jak na Icon, czy Draconian Times, zawsze patrzę w przyszłość. Jak spojrzeć na naszą twórczość, to każda kolejna płyta wynikała logicznie z poprzedniej. Jeśli więc miało to na nas jakiś wpływ, to jedynie podświadomy.

Koala: Czy zauważyłeś jakąś zmianę w sposobie komponowania Grega po jego przygodzie z Vallenfyre?

Nick:Z mojego punktu widzenia nic się nie zmieniło. Być może wpłynęło to na niego w taki sposób, że ostatnio skłaniał się bardziej ku brzmieniom death metalowym, ale sądzę, że większość tego typu pomysłów zostawiał właśnie dla Vallenfyre, a w przypadki Paradise Lost nie zmieniło się nic.

Koala: Co w ogóle sądzisz o tym projekcie?

Nick: Brzmi jak muzyka, której słuchaliśmy mając 19 czy 20 lat i chyba właśnie to starał się osiągnąć. To jest muzyka naszej młodości.

Koala: Jak pracowało się wam z Adrianem po raz pierwszy w studiu?

Nick: Adrian dołączył do nas w czasie powstawania poprzedniego albumu, do którego ze względu na kontrakt ścieżki perkusji nagrał muzyk sesyjny, ale jest już z nami od 3 lat, także nie można powiedzieć, że wejście z nim do studia było wielką niewiadomą. Facet jest już częścią zespołu. Było w porządku, Adrian jest świetnym perkusistą, sam o wszystko dba i nie trzeba się o niego martwić.

Koala: Rozumiem, że trzymacie się postanowienia o nienagrywaniu singli, ale jesteście znani ze świetnym b-side’ów, dlaczego do tego nie wrócicie?

Nick: Nie chcieliśmy wydawać singli w formie wideoklipu, bo za tym nie przepadamy. Singiel jako fizyczny nośnik chyba już w ogóle nie istnieje? Generalnie teledyski to coś, o czym decyduje wytwórnia, ryzykując, że może poleci w jakiejś muzycznej telewizji i zdobędzie jakąś tam popularność, a może nie. My, jako zespół, nie zaprzątamy sobie głowy singlami, nagrywamy albumy i na tym się skupiamy. Oczywiście nagrywamy dodatkowe kawałki, do Tragic Idol nagraliśmy trzy bonusy. Kiedyś to były b-side’y, teraz to się nazywa bonus tracki.

Koala: W takim razie, czy wszystkie te bonusy znajdą się na limitowanej edycji płyty, czy zostawiacie coś jeszcze np. na japońską edycję Tragic Idol?

Nick: Podstawowa wersja płyty zawiera 10 utworów, a wersja specjalna - 3 bonus tracki [wytwórnia zadecydowała inaczej i na płycie są dwa bonus tracki, trzeci utwór postanowiono wydać z pismem Decibel w formie flexidisku, dostaną go jedynie prenumeratorzy – dop. M.R.]. W sumie nagraliśmy 13 utworów, wśród 3 bonusów jest cover „Never Take Me Alive” zespołu Spear of Destiny, pozostałe dwa to „Ending Through Changes” i „The Last Fallen Saviour” [ten ostatni trafi właśnie na flexidisc].

Koala: Niedawno zagraliście krótką trasę z zespołem Ghost. Co sądzisz o nich i o całej modnej ostatnio fali grania retro heavy/doom metalu?

Nick: Ja uwielbiam Ghost, dlatego bardzo chciałem wziąć ich w trasę. To obecnie jeden z moich ulubionych zespołów, jest świetny bo przypomina mi wczesne Mercyful Fate, a to jest właśnie moja młodość, moje korzenie, dlatego nie mogłem nie pokochać Ghost. Skłaniam się ku muzyce, która przypomina bardziej metal z lat 80-tych niż death metal, to jest muzyka, którą pokochałem jako pierwszą, dlatego takie zespoły wywołują u mnie nostalgię. Z całego tego nurtu Ghost jest kapelą, która najbardziej mi zaimponowała.

Koala: Pamiętam jak kilka lat temu przyznałeś, że lubisz głos Chrisa Cornella. Czy inspirował cię jakoś w latach 90-tych? Co myślisz o jego karierze solowej?

Nick: Hmm, szukam odpowiedniego słowa… Można powiedzieć, że jest dla mnie zbyt komercyjny, nie interesowałem się jego solową karierą. Tak, lubiłem go w latach 90-tych, ale dzisiaj to już nie jest coś, czego chciałbym słuchać. Lubię, jak śpiewa w niższych rejestrach. Mam wrażenie, że wtedy brzmi dużo lepiej. Oczywiście lata temu wszyscy bardzo ceniliśmy Superunknown, ale dziś ten album już mnie nie kręci. Fajnie, że facet zrobił karierę, cenię jego wczesne dokonania, ale nie podchodzę do nich z takim entuzjazmem jak kiedyś.

Koala: Co myślisz o próbie wskrzeszenia Black Sabbath? Twój ulubiony album?

Nick: Jeśli faktycznie zrobią to w oryginalnym składzie to fantastycznie, w takiej konfiguracji nie mogą się pomylić. Natomiast jeśli Bill Ward zostanie pominięty, tak jak to miało miejsce kilkanaście lat temu przy pierwszych koncertach Reunion, to będzie to wielka szkoda. Jeśli chcą wskrzesić oryginalny skład, to niech to będą wszyscy czterej oryginalni członkowie. Bardzo lubię cztery pierwsze albumy, w zasadzie wszystkie są dobre. Jeśli miałbym wybrać jeden, to wskazałbym Vol. 4.

Koala: Jeśli miałbyś nagrać album solowy, jaką muzykę by zawierał?

Nick: Hmm, nie wiem. Prawdopodobnie byłoby to coś w duchu Dead Can Dance. Oczywiście byłaby to płyta metalowa, bo to jest muzyka, w której czuję się najlepiej, ale zawsze też byłem zafascynowany brzmieniami w stylu Dead Can Dance. Nagrałbym coś w tym stylu - mroczną muzykę z wiolonczelami i tego typu instrumentami. Nigdy za bardzo się nad tym nie zastanawiałem, ale pewnie byłoby to coś takiego, bo w takiej estetyce czuję się najlepiej.

Koala: Jak zmieniały się stosunki między członkami Paradise Lost przez te wszystkie lata?

Nick: W zasadzie nie zmieniały się w ogóle. Widzimy się tylko w czasie tras i nagrywania płyt, nie spotykamy się poza zespołem. Każdy z nas ma własne życie i staramy się nie wtrącać w osobiste sprawy innych; taki dystans bardzo pomaga. Każdy z nas zna dobrze osobowość pozostałych i każdy z nas wie kiedy coś powiedzieć, a kiedy lepiej zamilkną; generalnie tak jest od początku.

Koala: Czy myśleliście kiedyś o napisaniu utworu opartego na partii basu Steve’a?

Nick: Jeszcze nie, ale kto wie, może kiedyś.

Koala: Czemu nie gracie na koncertach utworów nagranych po One Second, a przed In Requiem?

Nick: Nie jest to jakaś zasada, którą przyjęliśmy; po prostu w czasie układania set listy wybieramy utwory, które będą do siebie pasowały i tworzyły spójną całość, tak po prostu się układa. Nie jest tak, że nie chcemy grać jakiś utworów, no może poza kawałkami z pierwszej płyty, wszystko inne w zasadzie wchodzi w grę.

Koala: Pytam, bo pamiętam jak kilka lat temu rozmawialiśmy i pytałem, czy nie moglibyście zaaranżować do ówczesnego stylu swoich starszych kawałków takich jak Eternal i Pity the Sadness, których wtedy nie graliście w ogóle. Powiedziałeś, że raczej nie, bo ciężko byłoby je zaadaptować do ówczesnego stylu. Jednak parę lat później zrobiliście to, dlatego ciekaw jestem, czy utwory z Host albo Believe In Nothing dałoby się dopasować do waszego obecnego stylu.

Nick: Z jednej strony tak, ale z drugiej nie. Dzisiaj granie kawałków na przykład z Shades of God jest łatwe, bo zabrzmi to tak, jak na albumie, natomiast zagranie kawałków z Host byłoby trudne. Moglibyśmy je przerobić i zagrać inaczej niż na albumie, bardziej metalowo, ale wtedy znaleźliby się ludzie, którzy by narzekali, że nie brzmią tak, jak na albumie. Rzecz sprowadza się do kompromisu, wszystko jest możliwe, ale kiedy myślimy nad utworami, chcemy mieć wyważoną setlistę. To nie tylko kwestia tego, co my chcemy zagrać, ale też tego, co ludzie chcą usłyszeć. Wiesz, często jest tak, że fani chcą usłyszeć kawałek, którego nie gramy na koncertach, a potem jak już go zagramy, to okazuje się, że podobało się kilku osobom, a większość pyta po jaką cholerę graliśmy ten utwór, skoro mamy w repertuarze tyle dużo lepszego materiału. No i fakt, mamy tego materiału całkiem sporo więc jest z czego wybierać, stąd trudności.

Koala: Czy w ogóle lubisz grać koncerty, czy może gdybyś miał taką możliwość, nagrywałbyś tylko muzykę w studiu, a resztę czasu spędzał z rodziną?

Nick: Lubię grać koncerty, ale nie lubię być poza domem przez sześć tygodni grając w klubach każdej nocy, tego nie znoszę. Byłoby fajnie móc zagrać tylko ze dwa koncerty na tydzień, ale niestety jest to luksus, na który nie możemy sobie pozwolić. Trasa dwutygodniowa – nie ma problemu, ale tak jak mówię, sześć tygodni to sporo czasu, starzejemy się i chciałoby się trochę zwolnić tempo, ale niestety nie możemy sobie na to pozwolić więc trzeba zacisnąć zęby i grać dalej.

Koala: Jak bardzo zmieniło się dla ciebie życie w trasie w porównaniu do początku kariery?

Nick: W zasadzie jest dokładnie tak samo, co jest bardzo fajne kiedy masz dwadzieścia lat, ale teraz… Starzejemy się, a trasa to ciężka praca – nigdy nie wiesz kiedy i skąd dostaniesz następny posiłek, która jest godzina, czy nawet kiedy będzie można wziąć następny prysznic. Kiedy mieliśmy te dwadzieścia lat, była to zabawa, teraz zrobiłem się wygodnicki więc już tak zabawnie nie jest. Oczywiście zależy to też od poziomu trasy. Jeśli jedziesz w trasę o wysokim standardzie, dostajesz catering itd., wtedy jest fantastycznie, niestety w dzisiejszych czasach mało który zespół może sobie na to pozwolić.

Koala: Twoje najbardziej absurdalne wspomnienie z wizyty w Polsce?

Nick: Hmm, chyba podpisywanie czapek policjantów. To, zdaje się, było w 1993 w Katowicach, scenę chronili policjanci, a po koncercie podchodzili do nas ze swoimi czapkami i prosili o autografy na odwrocie. Było to tak dziwaczne, że nie mogłem uwierzyć własnym oczom.

Koala: Co sprawiło, że zmieniłeś tryb życia? Kilka lat temu rzuciłeś palenie, a teraz dużo jeździsz na rowerze.

Nick: Po prostu zacząłem tyć (śmiech). Faktem jest, że jak kończysz trzydzieści parę lat, zaczynasz przybierać na wadze, a ja chciałem zachować swoją smukłą sylwetkę dwudziestopięciolatka (śmiech). Jest to cholernie trudne i muszę pracować zajebiście ciężko, bo naprawdę zależy mi na tym, żeby z wiekiem nie rósł mi brzuch (śmiech).

Koala: Wiem, że jesteś fanem nowych seriali telewizyjnych takich jak „Gra o Tron”, co jeszcze oglądasz?

Nick: Teraz oglądam „The Walking Dead”, bardzo mi się podoba, właśnie będę oglądał finał drugiego sezonu. Nadrabiam też zaległości, oglądam „24 Godziny”, bo wcześniej widziałem tylko pierwszy sezon. „Rodzina Soprano”… w zasadzie wszystko, co wypuszcza HBO. Jest też włoski serial o policjantach „La Romanzo Criminale”, który absolutnie uwielbiam – jest fantastyczny (śmiech). Generalnie mówiąc HBO to świetny kanał, mała szansa, że wypuszczą coś słabego.

Koala: Nie wiem czy słyszałeś, ale w Polsce ma się ukazać biografia Paradise Lost napisana przez Gosię Gołębiewską, która jest też autorką waszej biografii w Pure Metal Magazine, który dostaliście w czasie ostatniej wizyty w Polsce…

Nick: Tak, tak, czytałem o tym…

Koala: Co sądzisz o tym projekcie i w ogóle wydawnictwach, które nie są oficjalnie zatwierdzone przez zespół?

Nick: To fantastyczne. Jeśli ktoś chce poświęcić swój czas na ciężką pracę związaną z naszym zespołem, to fantastycznie, bardzo nam to schlebia.

Koala: Czy wiesz może coś o planach wystąpienia w Polsce w czasie drugiej, jesiennej części trasy promującej Tragic Idol?

Nick: Tak, w pierwszej części trasy nie ma kilku naszych stałych przystanków więc jestem prawie pewien, że odwiedzimy Polskę w drugiej jej części.

Koala: Ostatnie słowa dla czytelników paradiselost.pl?

Nick: Dzięki za wsparcie, mam nadzieję, że spodoba wam się album i że wkrótce zobaczymy się na koncertach w Polsce.

Koala: Wielkie dzięki i powodzenia.

Nick: Wszystkiego dobrego, cześć.

Rozmawiał i przetłumaczył: Maciej „Koala” Rodkiewicz
Organizacja wywiadu: Autor strony











Dzięki kontaktom z przedstawicielem EMI Music Poland, w dwa lata po wywiadzie z Nickiem Holmes’em, ponownie nadarzyła się okazja, by przeprowadzić z nim rozmowę. W czwartek, szóstego sierpnia o godzinie 13:30 zadzwonił telefon, w którym usłyszeliśmy znajomy głos frontmana Paradise Lost. Dzień wcześniej taki telefon odebrali Flying i Treasure. Z efektami obydwu pogawędek, przeprowadzonych specjalnie dla naszej strony, możecie zapoznać się poniżej.

Koala: Nie wiem, czy pamiętasz Nick, ale dwa lata temu przy okazji promocji IR, przeprowadziłem z Tobą wywiad na potrzeby polskiej strony o Paradise Lost. Dzisiaj ponownie udało się wraz z Sebastianem, autorem tej strony załatwić rozmowę z Tobą. Mam nadzieję, że jesteś gotowy i wypoczęty.

Nick: Yeah

Koala: Poprzednim razem rozmawialiśmy o ‘klątwie Spinal Tap’, powiedziałeś wtedy, że Jeff zadomowił się u was na stałe i nigdzie się nie wybiera, ledwie cztery miesiące później odszedł z Paradise Lost. Jaka była wasza reakcja, czy spodziewaliście się tego?

Nick: Oczywiście nie spodziewaliśmy się tego, nie jesteśmy nastolatkami, mamy obowiązki, Jeff ma młodą rodzinę i chciał być przy nich. Był to dla nas szok, ale jednocześnie całkowicie rozumieliśmy jego decyzję i nie stanowiło to dla nas, aż takiego problemu, jednak była to trochę trudna sytuacja, bo właśnie pisaliśmy materiał na nowy album, ale jakoś się z tym uporaliśmy.

Flying: Nigdy nie myśleliście o ponownym zatrudnieniu Matta Archera ?

Nick: Nie, nie zastanawialiśmy się nad tym, Wiesz, on ma bardzo dobrą pracę i naprawdę nie sądzę, żeby chciał powrócić do zespołu.

Koala: Czy Jeff przed odejściem miał jakiś wpływ na nowe utwory?

Nick: Nie. Generalnie w czasie komponowania partie perkusji są generowane przez komputer, dopiero w czasie ogrywania kawałków zaczynamy pracować nad dopracowaniem układu bębnów, już jako cały zespół.

Koala: Jak pozyskaliście do współpracy Petera Damina, który nagrał partie perkusji na nowy album?

Nick: Zarekomendował go nam Jens Bogren (nowy producent przyp. Koala), jako wybitnego muzyka sesyjnego. Nie słyszeliśmy go wcześniej, uwierzyliśmy Jensowi na słowo i wiedzieliśmy, że Peter wykona swoją robotę i z całą pewnością nie zawiódł naszych oczekiwań. Jego gra jest fenomenalna. W tej chwili pracuje jedynie jako muzyk sesyjny, dlatego nie został członkiem zespołu.

Koala: Jak radzi sobie nowy członek Paradise Lost, Adrian Erlandsson w roli perkusisty?

Nick: Dobrze. Do tej pory zagraliśmy już razem dziesięć koncertów i wypadły bardzo dobrze. Świetnie się dogadujemy. Jesteśmy w podobnym wieku i Adrian zawsze był fanem podobnej muzyki co my więc jest w porządku.

Koala: Który perkusista Twoim zdaniem najbardziej pasował do zespołu pod względem muzycznym, jak i na tle towarzyskim?

Nick: Bardzo trudno odpowiedzieć na to pytanie. Jeff jest nadal naszym dobrym przyjacielem. Każdy perkusista miał swój własny styl, ktoś może lubić jednego, kto inny drugiego. To słuchacze decydują kogo lubią najbardziej, nie ja.

Flying: Wiele osób uważa, że powróciliście do cięższych brzmień tylko dlatego, ponieważ bardziej eksperymentalne albumy nie odniosły większego sukcesu.

Nick: Kiedy zaczynaliśmy jako zespół, nie mieliśmy praktycznie żadnych fanów. Potem zaczęliśmy ich stopniowo zdobywać, poprzez muzykę. Nie jesteśmy produktem jak np., keczup. Kiedy zmieniamy styl muzyczny, to zawsze podążamy za głosem serca. Tutaj nie chodzi o żadne strategie marketingowe, nie znamy przepisu na sukces. Robimy muzykę, którą kochamy.

Flying: Oglądając fragmenty waszej sesji nagraniowej w Szwecji odniosłem wrażenie, że świetnie się bawiliście. Czy wasze wieloletnie doświadczenie, użycie nowoczesnych technologii ma wpływ na to, że z dużym spokojem i dystansem podchodzicie do swojej pracy ?

Nick: Oczywiście, że tak ! dzięki technologii cyfrowej cała sprawa stała się dużo łatwiejsza. Możemy szybko nagrać dema, które już są bardzo profesjonalne i usłyszeć, jak będzie brzmiała całość. Wcześniej wchodziliśmy do studia i nie mieliśmy pojęcia, co z tego wyjdzie. Z pewnością nadal czujemy pewną presję, ale jesteśmy dużo bardziej zrelaksowani niż w przeszłości.

Koala: Porozmawiajmy o produkcji. Kilka lat temu powiedziałeś, że traktujesz Rhysa Fullbera (producent trzech ostatnich płyt Paradise Lost przyp. Koala) jak szóstego członka zespołu, ze względu na to jak bardzo się z wami zżył i pomagał w tworzeniu materiału, dlaczego postanowiliście z niego zrezygnować?

Nick: Nie było czegoś takiego, jak szósty członek. Potrzebowaliśmy zmiany, Rhys jest nadal naszym przyjacielem, ale każdy zespół potrzebuje w pewnym momencie kogoś świeżego, kto wpłynąłby na jego twórczość. Pracując wciąż z tymi samymi ludźmi można się rozleniwić i poczuć zbyt wygodnie, dobrze jest czasem tym wszystkim potrząsnąć i zamieszać.

Flying: Żyjemy obecnie w bardzo niebezpiecznych czasach ( terroryzm, fanatyzm religijny). Czy tego typu rzeczy wpłynęły na muzykę Paradise Lost, że stała się ona znowu ciężka i mroczna ?

Nick: Właściwie tego typu rzeczy nie wpływają na naszą muzykę, ale prawdą jest , że fascynuje mnie religia. Pewnie dlatego, że jej nie rozumiem. I jeśli ona nie zniszczy tego świata, to zrobią to z pewnością kataklizmy wynikające z globalnego ocieplenia. Myślę, że przeceniamy naszą ważność we wszechświecie, właściwie to jesteśmy niczym...

Koala: Jak wyglądała praca z Jensem Bogrenem, czy wpłynął w jakiś sposób na nowe kawałki?

Nick: Nie, absolutnie nie. Zanim weszliśmy do studia mieliśmy dokładnie sprecyzowaną wizję tego, jak nowe utwory mają wyglądać. Jens oferował nam oczywiście pomoc – ocenę kawałków podczas procesu tworzenia, co było bardzo mile widziane, dobrze jest mieć osobę z zewnątrz, która spojrzy na twoją twórczość z innej perspektywy, jednak zawsze ostateczna decyzja co do kształtu płyty należała do nas. Zresztą, utwory były skończone w 95% zanim w ogóle weszliśmy do studia.

Flying: Jaka jest najlepsza rzecz w byciu w zespole ?

Nick: Dla mnie jest to komponowanie nowych piosenek. To wspaniałe uczucie, kiedy utwór nabiera kształtów. Czasem jest dużo nerwów, jak na przykład musimy zdecydować, który riff znajdzie się na płycie, a który w koszu. Jednak jest to dla mnie wspaniała przygoda i rodzaj wyzwania.

Flying: Myślałeś kiedyś o opuszczeniu zespołu ?

Nick: Ach, jeżeli kiedykolwiek coś takiego pomyślałem, to pewnie wynikało to z tego, że podczas trasy nie miałem do dyspozycji dobrego jedzenia, albo nie byłem wyspany. Kilka minut później już jednak o tym zapominałem- po tym możesz rozpoznać, jak poważne były to dywagacje.

Koala: Czy zdarzają się Tobie i któremuś z Was chwile kryzysu? To znaczy czy macie ochotę walnąć drzwiami i powiedzieć: koniec, mam dość! Jak sobie radzicie w takich chwilach?

Nick: Nie. Zespół to nasza praca. Są dni dobre i złe. Nigdy nie chciałbym przestać, robimy co robimy i nie chciałbym tego zmienić.

Koala: Pytanie o aranżacje klawiszowe, czy myśleliście o zrezygnowaniu z nich w celu osiągnięcia takiego surowego brzmienia, jak np. w Sons Of Perdition z japońskiej wersji In Requiem?

Nick: Nie wciskamy klawiszy w nasze utwory na siłę, dla samej sztuki. Jeśli czujemy, że utwór będzie lepszy z klawiszami, to ich używamy. Generalnie jeśli kawałek jest ciężki, to taki będzie z aranżacjami smyczkowymi i bez nich, na nowym albumie jest mnóstwo ciężkich kawałków i w większości z nich nie ma klawiszy.

Flying: Myślisz, że wasza muzyka nadaje się na uroczystości pogrzebowe ?

Nick: Niektóre fragmenty na pewno. Ja w każdym razie nie miałbym nic przeciwko, gdyby nasza muzyka była grana na moim własnym pogrzebie. Moja rodzina nie byłaby pewnie zachwycona, zwłaszcza, że metal na cmentarzu jest dosyć nietypowym zjawiskiem.

Koala: Kto wymyślił taką akurat okładkę dla nowego albumu, czy były jakieś inne odrzucone pomysły?

Nick: Zawsze bardzo lubiliśmy szatę graficzną w stylu średniowiecznym, szczególnie drzeworyty (na okładce Faith Divides… wykorzystali drzeworyt Hansa Holbeina Młodszego zatytułowany Danse Macabre przyp. Koala). Tym razem chcieliśmy użyć czegoś bardzo prostego. Prostota i smutek. Nie chcieliśmy znowu wspaniałych i skomplikowanych dzieł sztuki, bo przerabialiśmy to już nie raz. Szata graficzna nowego albumu będzie w całości bardzo ładna, to nie tylko okładka, musisz obejrzeć całość, szczególnie piękna jest wersja specjalna płyty. Książeczka będzie wyglądała fantastycznie. Nie chcieliśmy niczego skomplikowanego, bo robiliśmy już to wiele razy.

Koala: Dlaczego zdecydowaliście się na nowe logo dla zespołu? Czy pozbyliście się już zupełnie klasycznej Crown of Thorns?

Nick: Nie, nie. Steven (w rzeczywistości Stefan Wibbeke przyp. Koala,) który stworzył całą szatę graficzną sam narysował nowe logo, nawet go o to nie prosiliśmy, a nam bardzo się spodobało, wygląda jak woskowa pieczęć więc byliśmy zadowoleni, że możemy go użyć na nowej okładce.

Koala: Porozmawiajmy o tekstach. Czy istnieje jakiś motyw przewodni na nowym albumie?

Nick: Nie bardziej niż na wszystkich poprzednich. Czerpię inspirację ze wszystkiego wokół mnie. Bardzo lubię język angielski, jest w nim ogromna ilość wieloznacznych słów, fascynuje mnie to, w zasadzie bawię się słowami i ich znaczeniami. Dla mnie teksty piosenek nie muszą mieć tradycyjnej formy – wstęp, rozwinięcie, zakończenie – jeśli tylko mają sens, mogą być zupełnie niezaplanowane. Wtedy jestem z nich zadowolony.

Flying: Jaki jest najgorszy i najlepszy tekst, który napisałeś ?

Nick: Nie ma właściwie takiego tekstu, którego bym się wstydził. Nie kojarzę również jakiegoś specjalnie wybijającego się- naprawdę ciężko powiedzieć.

Koala: Czy masz gotowe teksty i dopasowujesz je do muzyki Grega, czy odwrotnie, słuchasz, co nowego Greg napisał i wtedy zaczynasz tworzyć?

Nick: Zawsze piszę jakieś teksty, ale zazwyczaj wygląda to tak, że śpiewam sobie wokalną linię melodyczną do utworu Grega i wokół pierwszych słów, które wtedy przyjdą mi do głowy buduję cały tekst. Nie jest to zbyt skomplikowany proces, ale zawsze staram się dobrać do muzyki tekst, który by ją idealnie dopełnił, nie rozdzielam utworu na muzykę i słowa, w jedności siła.

Flying: Wiara jest tematem, który często przewija się w waszych tekstach. Jakie ma dla ciebie znaczenie krzyż, który nosisz m.i.n w klipie „ Pity The Sadness „ ?

Nick: Krzyż ? On nic nie znaczy, po prostu lubię tego typu symbole, jest to rodzaj ikony. Sam jednak nie jestem religijną osobą. Mimo wszystko trzeba przyznać, że pod wpływem religii powstały wspaniałe rzeczy : rzeźby, obrazy, zabytkowe kościoły. One mnie fascynują, ale osobiście nie mają dla mnie żadnego znaczenia.

Koala: Co Cię inspirowało do zdjęcia z odwróconym krzyżem, we wkładce do "Frozen Illusion"?

Nick: To ja jestem na tym zdjęciu?

Koala: Tak, ty z odwróconym krzyżem.

Nick: No tak, prawdopodobnie dlatego, że bardzo lubiłem Possessed i większość moich ulubionych wtedy zespołów robiło sobie podobne zdjęcia. Czego można się spodziewać po siedemnastolatku słuchającym death i black metalu? (śmiech)

Flying: Płyta „ Shades Of God ma najdłuższe piosenki , jakie kiedykolwiek skomponowaliście. Możemy spodziewać się takich długich piosenek w przyszłości ? Potraficie jeszcze takie pisać ?

Nick: Pewnie, że potrafimy, ale czy to zrobimy to już inna sprawa. Chcemy komponować utwory, w których zawarta jest esencja, nie ma sensu wstawianie do utworu dziesiątek riffów, aby go sztucznie przedłużyć. Jesteśmy obecnie dużo lepszymi kompozytorami i mamy większe wyczucie co do tego, jakie elementy są zbędne, a które świetnie wkomponują się w piosenkę.

Koala: W którym momencie narodził się tytuł dla nowej płyty? Czy długo trwało zanim znaleźliście ten odpowiedni i jakie były początkowo inne propozycje na tytuł?

Nick: Jakoś tak wyszło w czasie wykonywania Faith Divides Us Death Unites Us, że akurat te słowa nieźle pasują zarówno na tytuł piosenki, jak i albumu. Na początku nie mieliśmy zamiaru tak tytułować płyty, ale z biegiem czasu doszliśmy do wniosku, że to bardzo mocny tekst, poza tym składa się z dwóch części, a tego jeszcze w karierze nie mieliśmy. Dodatkowo to bardzo chwytliwa fraza.

Koala: W drugim udostępnionym na myspace utworze, As Horizons End znajduje się akustyczny fragment, czy jest ich więcej na płycie?

Nick: Tak, na albumie jest tego więcej.

Flying: Jak wiele piosenek jest wyrzucanych do kosza i nigdy nie ukazuje się nawet na singlach ?

Nick: Bardzo mało, większość piosenek jest wykorzystywanych.

Koala: A czy widzisz przyszły kierunek muzyczny Paradise Lost jako właśnie połączenie fragmentów akustycznych z tymi ciężkimi?

Nick: Kto wie, najważniejsza jest kwestia nastroju, a wprowadzając elementy akustyczne różnicujesz nastrój, są one potrzebne do zmiany klimatu kawałka – jego agresji, czy tempa i dzięki temu staje się on bardziej interesujący. Każdy może stworzyć bezlitosną ścianę dźwięku, ale to zwroty akcji w utworach sprawiają, że stają się one mniej przewidywalne. Wiele z naszych starych ulubionych zespołów wplatało akustyczne partie w swoje utwory więc wydaje się naturalne, że i my tak robimy.

Flying: Jakie ma dla Ciebie znaczenie słowo „ heavy” ?

Nick: Ciężkość jest dla mnie elementem , na który wpływ mają gitary i perkusja. Tutaj w żadnym wypadku nie chodzi o wokal. Niektórzy myślą, że czym głośniej będą się wydzierać, tym cięższy będzie dany materiał. Nie jest to prawda- death metalowy styl śpiewania nie oznacza czegoś ciężkiego. Jak już mówiłem- aby skomponować naprawdę ciężką muzykę to trzeba się skoncentrować na odpowiedniej grze gitary i perkusji.

Koala: Podobno Greg stwierdził, że przestaniecie wydawać single, bo jesteście zespołem, który wydaje albumy. Czy to prawda?

Nick: Tak. Nakręcimy teledysk do tytułowego kawałka, ale nie będzie singla jako takiego.

Koala: Kwestia teledysku była właśnie moim kolejnym pytaniem.

Nick: Faith Divides… będzie miał teledysk, ale nie będzie wydany jako singiel.

Flying: W 1994 zostaliście nagrodzeni za video „ Embers fire”. Jak się czułeś pokonując takie zespoły jak Megadeth czy Sepultura ?

Nick: To była fajna sprawa. Przypominam sobie cała tę atmosferę- było po prostu cool. Nie mogę powiedzieć nic negatywnego na ten temat.

Koala: Czy możesz zdradzić jaka jest zawartość bonusowego dysku w specjalnej edycji nowego albumu?

Nick: Więc tak, znajdzie się tam bonusowy utwór Cardinal Zero, oraz zaaranżowane i nagrane przez Orkiestrę Symfoniczną z Pragi utwory Faith Divides… oraz Last Regret, które brzmią naprawdę świetnie.

Flying: Wiele popularnych zespołów pisze albumy z jedynie dwoma lub trzema dobrymi utworami w celach promocji. Na płytach Paradise Lost nie znajdziemy tymczasem żadnych wypełniaczy. Jesteście tak utalentowani, czy po prostu inne zespoły są leniwe ?

Nick: Haha, Nie wiem, to zależy od punktu widzenia. My jesteśmy bardzo wybredni. Naprawdę sprawiłoby nam dużą trudność wypuszczenie czegoś kiepskiego na rynek.

Flying: Jaki jest dla ciebie najlepszy utwór na nowej płycie ?

Nick: Cała płyta.. Traktuję ją jako całość, nie dzielę na poszczególne utwory. Być może jak zapytasz mnie za jakieś dwa lata , to jakiś kawałek wyróżnię.

Flying: Co myślisz o zespołach black metalowych, ich występach z dużą ilością krwi na scenie. Czy taka muzyka jest niebezpieczna dla młodzieży ?

Nick : Ona nie jest niebezpieczna, może tylko dla ludzi z problemami psychicznymi. Na nich może to negatywnie wpłynąć. Większość ludzi ma jednak poukładane w głowie, nie prawda ? Dla mnie jest to rodzaj teatru. Świetnie się bawię przy takiej muzyce, jednocześnie nie biorę całe tej otoczki na serio.

Koala: Miesiąc temu zagraliście w Polsce koncert na Eko Union Of Rock Festival, jak wspominasz ten występ?

Nick: Union of Rock?

Koala: Tak.

Nick: Kiedy dokładnie był ten koncert?

Koala: 11 lipca.

Nick: Eeerm, teraz nie mogę go sobie przypomnieć, potrzebuję jakiejś pomocy.

Koala: Węgorzewo, festiwal wśród polskich jezior :)

Nick: Ok., Ah Ok., teraz już pamiętam. Zagraliśmy ostatnio koncerty na wielu festiwalach więc wszystko mi się miesza, nie pamiętam który był który, dlatego tak się dopytuję. Wydaje mi się, że teraz pamiętam Union of Rock. Było w porządku.

Koala: Wolicie grać dla własnej publiczności, czy na różnego typu festiwalach?

Nick: Festiwale są fajne, ale zazwyczaj nie ma czasu na próbę dźwięku, a wtedy koncerty brzmią fatalnie. Zawsze widzę sporo naszych fanów na festiwalach, ale nie sądzę, by były one najlepszym sposobem na zobaczenie ulubionego zespołu na żywo. Wydaje mi się, że jak chcesz usłyszeć konkretny zespół, zdecydowanie lepiej iść na ich własny koncert do klubu. Bardzo lubię festiwale, ale jednak występy w klubach są zawsze lepiej zorganizowane.

Flying: Powiedziałeś kiedyś w wywiadzie, że utwór „ Enchantment” jest o masturbacji. Istnieją jeszcze jakieś inne teksty twojego autorstwa z zabawnym kontekstem ?

Nick: haha, ten utwór nie jest o masturbacji, to był tylko taki żart. Choć przyznaję, że niektóre fragmenty mogłyby taką interpretację sugerować. Jeśli chodzi o inne utwory, nie wiem, nic mi nie przychodzi do głowy.

Flying: Czy jakiś utwór Paradise Lost kiedykolwiek wzruszył Cię do łez ?

Nick: Nie, zwykle nie płaczę podczas słuchania piosenek. No chyba, że jestem pijany, wtedy wszystkie moje utwory mnie wzruszają, haha

Flying: Ostatni kawałek na nowym albumie nosi tytuł „ In Truth” czym jest dla ciebie prawda ?

Nick: Prawdą jest, że jestem tutaj i żyję....

Flying: Czy Paradise Lost potrafi napisać wesoły utwór ?

Nick: Wiele zespołów to robi, my jednak nie zamierzamy z nimi konkurować. Zresztą my uwielbiamy mroczne, smutne rzeczy. Ja sam piszę liryki, które pasują do muzyki, a ona nie należy do wesołych, haha. Reasumując- nie, nigdy tego nie zrobimy.

Koala: Czy planujecie zróżnicować wreszcie setlistę w czasie zbliżającej się trasy, by nie grać wciąż tych samych utworów?

Nick: Jeszcze nie zaczęliśmy się zastanawiać co będziemy grać, ale mam nadzieję, że wreszcie uda nam się trochę w setlistach zamieszać.

Flying: W 1992 wasz autokar został zaatakowany przez organizację „ Black circle” Mieliście potem podobne incydenty ?

Nick: Nie, nie zdarzyło nam się potem nic podobnego. Jeśli jednak chodzi o tę historie, to została ona totalnie wyolbrzymiona. Naprawdę nie było tak źle, haha ja nawet nie wiem co to jest „ Black circle: - nigdy nie słyszałem o takiej organizacji. Tak jak mówię, ta historia została tak często zmieniana i fałszowana jak biblia.

Flying: Jesteś zainteresowany mistyką ?

Nick: Nie, w nic nie wierzę, jestem realistą. Ufam prawom, które rządzą we wszechświecie, wierzę w ewolucje, nie duchowość.

Koala: We wkładce do polskiego pisma poświęconej Paradise Lost wspomniano, że wcześniej nazywaliście się Corpse Grinder, Morbius, a potem Prophecy, powszechnie przyjęło się, że przed Paradise Lost istniał tylko szyld Morbius, czy pamiętasz pozostałe nazwy? Kto je wymyślał i dlaczego je odrzucaliście?

Nick: Tak. To były tylko nazwy, wtedy zmieniały się z dnia na dzień, nie dochodziło do żadnych zmian w składzie. To były tylko pomysły, na zasadzie „jak powinniśmy się nazwać? Może Corpse Grinder!” a następnego dnia Corpse Grinder wydawało się gówniane więc nazwaliśmy się Prophecy. Tak to wtedy wyglądało. Nigdy nawet nie zagraliśmy koncertu pod tymi szyldami.

Koala: W tym roku wyszło jubileuszowe wydanie debiutu Autopsy, w środku jest wywiad z członkami zespołu. Chris Reifert wspomina trasy z okresu właśnie Severed Survival i pada takie oto zdanie- "The second tour was with Paradise Lost. A bit departure from the previous tour (the one with Pestilence, Morgoth, Bolt Thrower which was rock and bloody roll- przyp. mój z poprzedniego zdania z tego samego wywiadu) but we managed to make a good time of it and eat lots of cheese rolls." Pamiętasz tę trasę?

Nick: Tak, pamiętam trasę z Autopsy bardzo dobrze. Podróżowaliśmy razem w ciasnym vanie, było bardzo hardkorowo, było też kilka śmiesznych chwil, ale nie chciałbym teraz tego powtórzyć, tego ciasnego vana (śmiech), ale chłopaki z Autopsy byli bardzo w porządku.

Flying: Jaką płytę Paradise Lost określiłbyś jako najważniejszą w waszej karierze ?

Nick: Zawsze tą najnowszą, nie patrzymy bowiem do tyłu, Tylko przyszłość się liczy.

Flying: Czy możemy oczekiwać w przyszłości eksperymentów w stylu „ One Second” czy „ Host” ?

Nick: Uważam , ze „ Host” jest jednym z najlepszych albumów, jakie nagraliśmy. Nie ma znaczenia, jak radził sobie na rynku. Jeśli chodzi o przyszłość- nie wiem, zobaczymy co się wydarzy. Nigdy nie mów nigdy.

Koala: Ulubiona okładka z dyskografii Paradise Lost?

Nick: Chyba okładka Symbol of Life, nie przepadam za bardzo za klasycznymi heavy metalowymi okładkami, dlatego właśnie Symbol.

Koala: Ulubiony cover z repertuaru Paradise Lost?

Nick: Cover The Smiths (How Soon is Now? Przyp. Koala). To utwór, który bardzo lubię i wyszedł nam całkiem nieźle.

Koala: Czy kiedykolwiek w historii zespołu zaistniała sytuacja, że ktoś spoza zespołu wpłynął na zmianę waszych utworów w późnym etapie produkcyjnym?

Nick: Nie, nie sądzę. Jeżeli już, to tylko podświadomie mogliśmy się zainspirować czymś co akurat usłyszeliśmy, ale raczej to mało prawdopodobne.

Koala: To pytanie chyba jeszcze długo będzie ciągnęło się za wami, podejrzewam, ze aż do ukazania się tego wydawnictwa. Mowa oczywiście o kontynuacji Evolve. Dla fanów takie rzeczy są bezcenne i na pewno lepiej sprzedają się jak choćby zupełnie nie trafiony pomysł z niedawną reedycją Gothic i dodatkiem do niego, czyli marnej jakości koncertu. Nie lepiej było dołożyć teledyski i fenomenalne koncerty z Bizarre 95, 99, czy choćby Dynamo 92?

Nick: Nie wiem czy to w ogóle było filmowane?

Koala: Zdaje się, że istnieje profesjonalne nagranie.

Nick: Sądzę, że byłby to administracyjny koszmar, zebranie materiałów od kilku ekip kręcących to wydarzenie i zdobycie do nich praw byłby bardzo trudne. Nie mówię, że takie wydawnictwo nie wchodzi w grę, ale wymagałoby ciężkiej pracy, przyznam że nigdy wcześniej o tym nie myśleliśmy, ale kto wie, kto wie.

Flying: Wiem, że jesteś fanem Martina Scorsese. Jaki film tego reżysera podoba Ci się najbardziej ?

Nick: Uwielbiam większość jego filmów np., „ Cassino”, tworzy on wspaniałe rzeczy. Najlepszy film ? Trudno powiedzieć- „ Nowojorskie opowieści „ są wspaniałe.

Koala: Wiem, że jesteś fanem filmów Tarantino. Reservoir Dogs czy Pulp Fiction?

Nick: Raczej Pulp Fiction. To chyba jego najlepszy film. Mogę go oglądać na okrągło i nigdy mi się nie nudzi.

Koala: Możesz zdradzisz nam jak wygląda Twój zwykły dzień? Dzień kiedy budzisz się rano w swoim domu i wiesz, ze masz wolne od pracy.

Nick: Odprowadzam dzieci do szkoły, a potem spędzam większość dnia buszując w Internecie. Czatuję z menagementem, organizuję różne rzeczy. Potem odbieram dzieciaki ze szkoły i spędzam z nimi trochę czasu. Wydaje mi się, że robię to co każdy w wolny dzień. Typowy mieszkaniec północy Anglii (śmiech). Robisz to, co możesz robić mając dzieci, rytm całego dnia wyznacza ich szkoła.

Flying: Czy Twoje dzieci są fanami Paradise Lost i są dumne z ojca ?

Nick: Czy dumne, nie wiem,. W każdym razie wiedzą co robię. Nie słuchają jednak takiej muzyki. Moja córka lubi np.: , pop.

Flying: Lubisz zwierzęta i masz jakieś w domu ?

Nick: Tak, lubię je. Mam dwie złote rybki, kota i psa.

Flying: Gdybyś miał możliwość powrotu do przeszłości, to co zmieniłbyś w swoim życiu ?

Nick: Absolutnie nic. Wszystko dzieje się z jakiegoś powodu akceptuję nawet negatywne rzeczy które są po prostu częścią życia.

Koala: Czy rozważałeś kiedyś prowadzenie bloga z komentarzami na przeróżne tematy? Z twoim poczuciem humoru byłby to hit nie tylko wśród fanów zespołu.

Nick: Korzystam teraz z serwisu Twitter. Mogę go uaktualniać w każdej chwili, nawet teraz w przerwie między wywiadami. Podoba mi się idea tego serwisu i prawdopodobnie w moim przypadku jest to najbliższe prowadzeniu bloga.

Flying: Czy poczucie humoru jest ważnym elementem w waszych wzajemnych relacjach w zespole ?

Nick: Oczywiście nie jest to niezbędny warunek bycia w Paradise Lost, ale poczucie humoru wiele ułatwia. My żartujemy prawie ze wszystkiego. Nie należy brać świata na serio, tylko w ten sposób można w nim przetrwać.

Flying: Co sądzisz o Polakach pracujących na Wyspach, jest to dla ciebie problem ?

Nick: Problem byłby tylko wtedy, kiedy próbowaliby zająć moje miejsce pracy, haha, a tak to nie ma sprawy. Nie wiem co powiedzieć, mnie to osobiście nie dotyczy i nie mam na ten temat zdania.

Koala: Czy lubisz lub inspirują cię jakieś zespoły spoza ścisłego metalu?

Nick: Tak. Przede wszystkim Dead Can Dance, bardzo lubię ten zespół. Poza tym nic konkretnego nie przychodzi do głowy, raczej podobają mi się poszczególne piosenki różnych zespołów, istnieją zespoły, które mają fantastyczne pojedyncze kawałki, a reszta ich twórczości mi nie pasuje. Ciężko mi coś teraz jeszcze wymienić poza Dead Can Dance.

Flying: Co byś zrobił, gdyby Ci pozostały tylko 3 dni życia ?

Nick: To samo co teraz.. no może, próbowałbym znaleźć sposób, aby przedłużyć to życie, haha. Myślałbym też o podróży samochodem i poznawaniu ciekawych miejsc.

Flying: Myślisz, że wasza muzyka może pomóc ludziom ?

Nick: Ona może im pomóc w ucieczce od codzienności, tak jak każdy rodzaj rozrywki.

Koala: Czy chciałbyś na koniec pozdrowić fanów z polskiej strony i forum Paradise Lost?

Nick: Oczywiście. Mam nadzieję, że spodoba się wam nowy album. Dzięki za wsparcie i do zobaczenia na koncertach.

Koala: Dziękuję bardzo za wywiad, wszystkiego dobrego Nick.

Nick: Serdeczne dzięki, trzymaj się.

Wywiady przeprowadzili: Maciek „Koala“ Rodkiewicz i Michał „Flying“ Rusin
Organizacja wywiadu: Autor strony i Małgorzata „Treasure” Gołębiewska











Punktualnie o godzinie 20-tej w piątek 16 maja 2008 zadzwonił telefon. W słuchawce odezwał się Nick Holmes i wymówił moje imię tak dziwacznie, że ledwo zrozumiałem o co chodzi. Ton głosu sugerował, że Nick jest w dobrym nastroju więc nastawiłem swój mózg na fale Angielskiego humoru i zacząłem wywiad.

Koala : Witaj Nick, ten wywiad przeprowadzam ekskluzywnie dla polskiej strony internetowej paradiselost.pl, którą prowadzi Sebastian. Wspólnie zebraliśmy dla ciebie kilka pytań i złożyliśmy je w jeden wywiad.

Nick : Ok.

Koala : Świętujecie dwudziestą rocznicę istnienia zespołu. Czy zakładając Paradise Lost myślałeś, co będziesz robił w 2008 roku ?

Nick : Nie, absolutnie nie, wydaje mi się, że nikt z zespołu nie wychodzi myślami w przyszłość dalej niż kilka lat do przodu. Myślę, że nasze plany nie wykraczają dalej niż 5 lat, a co dopiero 20 lat. Bierzemy co nam los przyniesie i staramy się z tego jak najlepiej korzystać. - tu wtrąciłem małą dygresję o Micku Jaggerze, który na początku kariery dawał Rolling Stones nie więcej niż dwa lata - Tak, tak to jest. Bierzesz się za coś i nim się obejrzysz mija 20 lat.

Koala : Kilka miesięcy temu fani dostali film dokumentalny o zespole pt. Over the Madness nakręcony przez Dirana Noubara. Co o nim sądzisz ?

Nick : Prawdę mówiąc, nadal go nie widziałem. Nie lubię oglądać siebie mówiącego do kamery, dziwnie się wtedy czuję. Widziałem tylko fragmenty filmu i wydawał mi się bardzo dobry, zabawny. Fajnie było popatrzeć na pozostałych chłopaków udzielających wywiadu, ale tak jak mówię, nie widziałem jeszcze całości.

Koala : Czy ktoś z zespołu miał kontrolę nad tym co znajdzie się w filmie ?

Nick : Nie, Diran jest wielkim fanem zespołu i naszym przyjacielem, sądzę, że nie włożyłby do filmu czegoś, co by nam się nie podobało, ewentualnie najpierw by zapytał. To był całkowicie jego projekt więc cieszyliśmy się, że możemy wziąć w nim udział i robić to, o co nas poprosił.

Koala : Odkąd obejrzałem Over The Madness męczy mnie pewna kwestia. Otóż Greg powiedział, że nie lubi albumu Believe In Nothing, że w zasadzie dla niego nie istnieje. Możesz się do tego odnieść ?

Nick : Nie to, że go nie lubię, ale uważam, że niektóre utwory mogłyby być tu i ówdzie bardziej ekscytujące. Nie uważam, że to zła płyta, prawdę mówiąc zupełnie niedawno ją przesłuchałem i okazało się, że jest o wiele lepsza niż pamiętałem. Nie powiem, że to jeden z naszych najlepszych albumów, ale też nie powiem, że to gówno. Mógłbym teraz się zastanawiać co mogliśmy wtedy zmienić, ale to nie ma sensu, BiN jest tym, czym jest, czas się z tym pogodzić i pójść dalej.

Koala : Najuroczystszym momentem obchodów waszego dwudziestolecia jest wydanie nowego koncertowego DVD. Czy dlatego czekaliśmy na jego wydanie ponad rok, żeby wstrzelić się w ten moment ?

Nick : Pewnie było to jakoś ustawione, ale ja nie byłem informowany co i jak. O wydaniu nowego koncertu myśleliśmy już od dziesięciu lat i wydawało nam się, że dobrym pomysłem będzie powiązanie tego z dwudziestoleciem zespołu.

Koala : Koncert brzmi naprawdę świetnie, powiedz czy dodawaliście cokolwiek w studiu, czy raczej to krew, pot i łzy wylane na próbach i perfekcyjny mix Jensa Borgena ?

Nick : Nie, w zasadzie wszystko co słyszysz, to dźwięki z Koko. Mikrofon wychwycił nawet jak mówię coś do technicznych i to słychać na nagraniu, słychać jak Aaron przestraja gitarę. Jak na nagranie koncertowe, to uważam że jest świetne, prawdę mówiąc sam byłem tym zaskoczony (śmiech)

Koala : Byłem na tym koncercie i pamiętam niesamowitą atmosferę. Czy entuzjastyczne zachowanie fanów wpłynęło na perfekcję wykonania ?

Nick : Absolutnie. Wiadomo, że taka okazja pobudza atmosferę. Jednak rzeczywiście ćwiczyliśmy przed tym koncertem cholernie długo, więcej niż kiedykolwiek i mam nadzieję, że to słychać.

Koala : Czy nieplanowany i zagrany spontanicznie Isolate znajdzie się na DVD ?

Nick : Niedawno o to pytałem i powiedziano mi, że na końcowym produkcie Isolate nie będzie, ale nie wiem tego na sto procent.

Koala : Po raz pierwszy od wielu lat graliście Gothic, czy trudno było zaaranżować ten utwór na nowo ?

Nick : Nie, w zasadzie najtrudniejszą częścią pracy było przygotowanie od nowa układu perkusji. Jeff gra z metronomem i musieliśmy wszystko ułożyć tak, żeby pasowało. Zdecydowanie Jeff miał najwięcej roboty przy przygotowywaniu tego utworu na nowo. Poza tym myślę, że Gothic świetnie wpasowuje się we wszystko co stworzyliśmy w ciągu ostatnich dziesięciu lat, także ogranie go nie było takim wielkim wyzwaniem.

Koala : Słychać, że do żeńskiego chórku użyliście nowego podkładu, czy Sarah Marrion nagrała swoją partię na nowo, czy to inna osoba ?

Nick : Nie, Heather – żona Grega, bardzo nam pomogła i nagrała tę partię sama.

Koala : Patrząc na Live At The Koko można odnieść wrażenie, że zespół wygląda niesamowicie świeżo, ze sceny emanuje bardzo pozytywna siła, co może zaskakiwać tym bardziej, że dotychczasowy repertuar może wydawać się już nieco nużący. PL ma wiele znakomitych utworów ( Shallow Seasons, Hands Of Reason, Another Desire, Sane, Deep, World Pretending, Perfect Mask ), które bardzo rzadko zostały wykorzystane na żywo, dlaczego na koncertach, od lat wciąż gracie te same utwory ? ( Pity The Sadness, Forever Failure, One Second, So Much Is Lost, Mouth, No Celebration )

Nick : Z DVD sprawa wygląda tak, że kawałki były wielokrotnie przetestowane, sprawdzone i dopracowane. Wiemy, że są utwory, które fani bardzo chcieliby usłyszeć na koncertach, ale przez te wszystkie lata zagraliśmy prawdopodobnie wszystkie kawałki z naszych płyt, jedynie po to, aby w procesie eliminacji odrzucić te, które na żywo wypadały słabo. Pamiętam jak graliśmy kiedyś Colossal Rains i zabrzmiało to jak najgorszy utwór na świecie, a byliśmy wtedy gwiazdą wieczoru (śmiech). Wiadomo, że są też fani, którzy byli na stu naszych koncertach i chcą usłyszeć te same kawałki po raz sto pierwszy.

Koala : Na dodatkowym dysku są wasze ostatnie teledyski, ale brakuje kilku nagranych już po ukazaniu się Evolve, dlaczego ?

Nick : Niestety to kwestia praw autorskich, zdobycie prawa do wydania tych teledysków kosztowałoby zbyt wiele czasu i zachodu więc z tego zrezygnowaliśmy.

Koala : Od wydania In Requiem minął już ponad rok i pomimo faktu, że niemal cały czas jesteście w trasie nie odwiedziliście jeszcze Polski z porządnym setem promującym album, po czyjej stronie leży wina ?

Nick : Przecież graliśmy na Metalmanii, nie był to co prawda pełny koncert… ( chwila zwątpienia ) ...to było po wydaniu In Requiem, prawda ? - Nie, to było miesiąc przed wydaniem IR - Boże, jak ten czas szybko leci. Nie mam pojęcia dlaczego nie graliśmy jeszcze w Polsce. Pamiętam rozmowę z menadżerem, kiedy o to pytałem, zdecydowanie powinniśmy i chcemy u was zagrać, nie wiem dlaczego jeszcze was nie odwiedziliśmy, ale wysyłajcie listy z zażaleniem do naszego menadżera (śmiech).

Koala : Przed premierą In Requiem zapowiadano, że być może na jego limitowanej wersji pojawią się, aż cztery covery; tymczasem pojawił się jeden, wiem że drugim mógł być utwór Save a Prayer zespołu Duran Duran, możesz coś powiedzieć o pozostałych ?

Nick : W zasadzie bawiliśmy się trochę kawałkiem Duran Duran, ale nigdy go nie nagraliśmy, prawdę mówiąc nie mieliśmy konkretnego pomysłu na pozostałe covery. Cała sytuacja wyglądała tak, że ktoś wspomniał o takim pomyśle, plotka zaczęła krążyć, aż w końcu wylądowała jako news na oficjalnej stronie, a my w tym czasie zdążyliśmy się z tego rozmyślić. Tak to jest w erze internetu, wspomnisz coś w luźnej rozmowie po koncercie i ani się obejrzysz, a stanie się to oficjalną informacją. Po prostu, mieliśmy taki pomysł, ale szybko się z niego rozmyśliliśmy, tak już bywa.

Koala : Czy w planach jest jeszcze drugi singiel do In Requiem czy raczej planujecie skupić się na promowaniu The Anatomy of Melancholy i tworzeniu nowego albumu ?

Nick : Decyzja o wydaniu drugiego singla nie należy do moich obowiązków, ale wypuszczamy The Anatomy of Melancholy i z tego co się orientuję w planach nie ma następcy The Enemy.

Koala : Kolejną częścią obchodów waszego dwudziestolecia jest seria specjalnych koncertów Unholy Trinity razem z Anathemą i My Dying Bride, czy jest szansa, że będzie ich więcej niż zapowiadane dwa ?

Nick : Możliwe, że będzie ich trochę więcej. Żaden z zespołów nie miałby pewnie nic przeciwko odbyciu całej wspólnej trasy koncertowej, ale straciłoby to swoją elitarność. Wolimy zrobić mniej koncertów, aby rzeczywiście były czymś wyjątkowym.

Koala : Na pierwszy rzut oka Paryż nie jest zbyt oczywistym miejscem na pierwszy z tych koncertów, czy jego wybór był kierowany właśnie tą elitarnością ?

Nick : Tak mi się wydaje, ale znowu, to raczej pytanie do naszego menadżera. Ja tylko usłyszałem, że gramy w Paryżu i pomyślałem sobie ‘oh, uroczo’.

Koala : Czy trudno było przekonać chłopaków z Anathemy i My Dying Brida do wspólnych koncertów ?

Nick : Raz na jakiś czas widuję się z nimi i rozmawialiśmy, że miło by było zagrać parę takich koncertów. Zawsze jednak istnieją jakieś przeszkody, takie tam zakulisowe sprawy, wtedy znów działka należy do menadżera, który musi te problemy rozwiązać (śmiech). W każdym razie faktem jest, że oba zespoły były bardzo zainteresowane projektem, uważamy że to będzie bardzo fajna rzecz. Wszyscy mieliśmy podobne skromne początki, ale każdy zespół poszedł w swoją stronę, osiągnął własne brzmienie, zaczynaliśmy razem i to się liczy.

Koala : Porozmawiajmy o przyszłości. Greg mówił, że podczas komponowania nowych utworów będzie intensywniej wykorzystywał siódmą strunę swojej nowej gitary, czy dzielił się już z tobą jakimiś nowymi pomysłami ?

Nick : Nie bardzo, w zasadzie jesteśmy dopiero na początkowym etapie rzucania pomysłami i nie powstało z tego jeszcze nic konkretnego. Nie wiem co tak naprawdę może zmienić siódma struna w brzmieniu? Poczekamy, zobaczymy, jeszcze za wcześnie żeby o tym mówić.

/ Przyszedł czas na luźne pytania nie mające związku z głównym nurtem wywiadu /

Koala : Czy myślisz, że zespół jest pod wpływem czegoś w rodzaju klątwy Spinal Tap? Na szczęście, żaden z nich nie zmarł tragiczną śmiercią, ale dlaczego to perkusiści odchodzą z zespołu ? (w tle słychać czyjś śmiech)

Nick : Wydaje mi się, że trzech perkusistów w ciągu 20 lat to jeszcze nie tak dużo. Nie nazwałbym tego samospaleniem ( nawiązanie do filmu ‘Oto Spinal Tap’). Tak naprawdę nie wiem. Nadal jesteśmy dobrymi kumplami z Matt’em, jeśli chodzi o Lee, to na drodze stanął konflikt osobowości. Jeff wpasował się znakomicie, nie mogę sobie teraz wyobrazić pozbycia się go. Nie wydaje mi się, żeby wpływ na odejście miała sama pozycja bębniarza, raczej w grę wchodziły indywidualne kwestie, a traf akurat chciał, że padło na pałkerów, równie dobrze mógł to być któryś z gitarzystów.

Koala : Okładki waszych albumów były znane z pięknej różnorodności, ale wszystko się zmieniło, kiedy Seth został zatrudniony jako artysta przy trzech ostatnich wydawnictwach (nie licząc singla The Enemy) co sprawia, że ich szata graficzna jest w pewnym sensie podobna. Czy planujecie dalszą współpracę z Sethem ?

Nick : W tej chwili nie mam pojęcia, rzeczywiście Seth zrobił już kilka okładek, ale nie jestem w stanie przewidzieć co będzie dalej. Bardzo podoba mi się, co zrobił z okładką The Anatomy of Melancholy, podoba mi się użycie białego koloru, ładnie wpasowuje się w szatę graficzną tego wydawnictwa. Jesteśmy bardzo zadowoleni z jego pracy, ale jest jeszcze za wcześnie żeby mówić o przyszłości.

Koala : W jednym z wywiadów powiedziałeś, że nie odmówiłbyś gdyby ktoś poprosił cię o wyreżyserowanie filmu. Czy bierzesz pod uwagę karierę reżyserską kiedy przejdziesz na muzyczną emeryturę ?

Nick : Oczywiście rozważałem taką możliwość… ale rozważałem też zostanie astronautą, samo rozważanie nie oznacza, że tak będzie. Żeby coś osiągnąć potrzebujesz pewnych bodźców, które ukierunkują cię na to, co chcesz robić. Zazwyczaj potrzebna jest też kasa. Kiedy spojrzysz na życie reżyserów, to widać, że większość z nich to ludzie, którzy już na starcie byli uprzywilejowani. Możesz chcieć Ferrari, ale nie oznacza to, że go kupisz. Zawsze jednak podobała mi się wizja chodzenia z megafonem i wydzierania się na ludzi.

Koala : Czy kobiety są dobrą inspiracją dla twoich tekstów? Czy są niebezpieczną siłą, która może cię zniszczyć, czy czymś delikatnym, czym można się opiekować ?

Nick : Kobiety ? Nie myślę o kobietach kiedy piszę teksty. Myślę ogólnie o istotach ludzkich, nie ważne jakiej są płci. Zawsze jednak twierdziłem, że kobiety znacznie przewyższają mężczyzn w każdej możliwej kwestii (śmiech). Kobiety świetnie się rozumieją. Płeć nie ma zbyt wiele wspólnego z moimi tekstami, skupiają się raczej na relacje międzyludzkich bez względu na płeć, wydaje mi się, że ma to więcej wspólnego z samym gatunkiem ludzkim.

Koala : Twoje teksty z czasów Shades of God - Draconian Times są znane raczej z epickości i rozbudowania, obecnie są bardziej skondensowane, skomplikowane. Co spowodowało zmianę ?

Nick : Prawdę mówiąc nie wiem, osobiście nie zauważyłem różnicy w swoim podejściu. Ograniczają mnie rymy, przez to zakres słów do wykorzystania staje się mniejszy. Jeśli śpiewasz death metal możesz pisać eksperymentalne teksty, tak naprawdę możesz wykrzyczeć wszystko, nie masz melodii, do której trzeba się dostosować. Przez to na starych albumach używałem długich słów, ale tak jak mówię, nie czuję różnicy przy pisaniu tekstów, nie czuję smutku, nie czuję radości. Jeśli ludzie wyczuwają jakąś różnicę być może jest to spowodowane jakimiś podświadomymi zmianami w mojej głowie, ale ja tego nie czuję.

Koala : Poza muzyką, co może sprawić, że taki zmartwiony/niespokojny człowiek jak ty jest szczęśliwy ?

Nick : Wydaje mi się, że jest tak jak mówi Gregor – „rodzimy się ze szczęściem” („happines comes in birth”). Ja przez większość czasu jestem radosną osobą. Często jednak łapię się na strachu przed potrąceniem samochodem, albo przed zawałem, większość osób o tym nie myśli. W zasadzie gdyby nie świadomość śmierci byłbym bardzo szczęśliwy przez cały czas (śmiech).

Koala : Jaki jest najsmutniejszy i najbardziej osobisty utwór, jaki napisałeś ?

Nick : Prawdopodobnie większość albumu Host, nie potrafiłbym wskazać konkretnego kawałka, ale zdałem sobie sprawę, że Host to chyba mój ulubiony album Paradise Lost. Mogę go słuchać i przyłapuję się na tym, że zapominam, że to my, brzmi jak zupełnie inny zespół. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że to jedyny album, bez którego nie mógłbym się obejść. Dokładnie oddaje to przez co wtedy przechodziłem.

Koala : Wiem, że jesteś fanem serialu Lost (Zagubieni). Czy masz jakąś teorię na to, co tak naprawdę dzieje się na wyspie ?

Nick : UWAGA NA SPOILERY Wydaje mi się, że Ben stoi za wszystkim co tam się dzieje. Myślę, że jest czymś w rodzaju Czarnoksiężnika z Oz. Z drugiej strony jest ten drugi facet, który wydaje się być potężniejszy (chodzi o Charles Widmore’a) ...tak naprawdę to wszystko to jeden wielki stek bzdur, ale uwielbiam to oglądać. Jak tylko wymyślam jakąś teorię, to dzieje się coś niespodziewanego, co ją burzy. Mój brat uważa, że John Locke jest kluczem do wszystkiego, dzisiaj będę oglądał pierwszą część finału czwartego sezonu (ja też) i rzeczywiście wydaje mi się, że John Locke może być kluczową postacią. Byłem przekonany, że to Ben, ale kiedy doprowadził do śmierci córki, to wszystko straciło sens. Wszyscy jesteśmy fanami serialu Lost, każdy kogo znam lubi go oglądać.

Koala : Czy chciałbyś coś przekazać swoim fanom ze strony paradiselost.pl ?

Nick : Oczywiście. Wielkie dzięki za tę stronę, żałuję że nie mogę jej przejrzeć ze zrozumieniem, ale bardzo się cieszę, że lubicie naszą muzykę. Świetnie, że mamy Polską stronę. Pozdrowienia dla każdego, kto przyczynia się do rozwoju forum, w jakiejkolwiek by to było formie. Mam nadzieję, że jak najszybciej uda nam się zagrać u was pełnowymiarowy koncert.

Koala : Serdecznie dziękuję za wywiad i czekamy na was w Polsce.

Nick : Również dziękuję, wszystkiego najlepszego, zdrówka.

Rozmawiał i spisał: Maciej ‘Koala’ Rodkiewicz







HARD FAX



Metal Hammer 09/1993

Paradise Lost po udanym tournee za Oceanem z Morbid Angel, wracają na kontynent jesienią, by zaprezentować Europie nowy produkt - Icon. Natomiast problematyczną stała się kwestia doboru supportu na tę trasę. Zapowiadany - Type O Negative, został z niej wykluczony ze względu na nazistowską reputację. Gitarzysta Aaron wyjaśnił, że dosyć już mieli smrodu wokół Morbid Angel, więc nie chcą ryzykować po raz drugi. Szkopuł w tym, że koledzy Vincenta okazali się… niewinni."Lewe ucho MH" dowiedziało się nieoficjalnie, że jako kompan do "rajskiej" podróży brany jest pod uwagę Cathedral. Pertraktacje w toku.



Metal Hammer 11/1993

"Większość ludzi myślała, że jestem technicznym…" - Nick Holmes o trasie Paradise Lost po USA.




Metal Hammer 12/1993

Autobus Paradise Lost został przeszukany przez niemiecką policję. Celem była kokaina, której jednak nie znaleziono. Najwidoczniej potomkom krzyżaków nie spodobał się Icon. Bye, bye…, Krzyżacy.

Chyba jednak pośpieszyliśmy się z zapowiedzią sprawozdania z zabrzańskiego koncertu Sepultury i Paradise Lost. Nie doszedł on do skutku ze względu na bardzo złe warunki atmosferyczne, które sprawiły, że kapele nie dojechały ( hahaha bez komentarza - od autora strony ). Chcielibyśmy przeprosić Was za wszystkie trudności i uniedogodnienia oraz zawód jaki Was spotkał. Oczywiście impreza odbędzie się w innym terminie.
( oczywiście nie odbyła się ! - od autora strony )



Metal Hammer 01/1994

Nick Holmes :
Notka personalna - Mieszkam w Halifax, hrabstwo Yorkshire. W styczniu skończyłem 23 lata. Waga ? Wg. mnie utrzymuję idealną, co potwierdza, że alkohol niekoniecznie musi tuczyć.
Hobby - Motocykle ! Szczególnym sentymentem darzę japońskie monstra odlewanymi szprychami. Poza tym oczywiście muzyka i… krytyka innych zespołów. Osobiście lubię Dead Can Dance, Alice In Chains, Type O Negative i parę innych.
Zawód - Wokalista Paradise Lost. Przy czym hasło "wokalista" wskazane jest dopiero od trzeciego albumu - Shades Of God. Przedtem produkowałem coś w rodzaju praludzkich nieartykułowanych chrząkań.
Przekaz - Rzeczy typu : "Twoja dłoń w mojej, ukazuje mi całe życie…", co na metalowej arenie jest raczej rzadko spotykanym.
Aureolka - Naturalnie, że nie jestem żadnym nowym Mesjaszem, jak to niektórzy głoszą w Niemczech. Chociaż… ta myśl mnie fascynuje i czasami dla kawału grożę ludziom: "Mój ojciec Cię za to zmiażdży !!!" Jednak równocześnie mnie to przeraża.
Nieśmiałość - Tak, to prawda, jestem nieśmiały. Przed koncertem w Stuttgardzie - niedawno - wszystko leciało mi z rąk ze zdenerwowania. Lecz z drugiej strony…
Z drugiej strony - Kiedyś ja i David Vincent z Morbid Angel stanęliśmy razem przed lustrem. David powiedział mi: "Człowieku w pewien sposób wyglądamy jakoś podobnie". A ja mu na to: "Ja jestem ładniejszy!"
Gotowość bojowa - Tak naprawdę nieśmiały jestem na trzeźwo. "Procenty" mnie rozluźniają. Chodzi o to, że koncertowanie jest cholernie niebezpieczne. Trzeba zachować równowagę psychiczną, chociaż ciągle ma się wokół siebie czterech szaleńców. Wówczas pomaga jedynie humor.
Super-sukces - Album Icon ! A on ciągle staje się coraz większy, bo radzi sobie doskonale w różnych rankingach, a koncerty stają się coraz potężniejszymi ceremoniami dla zespołu. Pewnego razu zagraliśmy w Coventry koncert dla muzyków Bolt Thrower. Czytaj - oprócz nich nie było na sali absolutnie nikogo !
Ostatnie słowo - Robimy to wszystko dla metalu!




Metal Hammer 06/1994

Paradise Lost wystąpili 11 czerwca na festiwalu rockowym w Bukareszcie. Ponad pięciotysięczna publiczność przyjęła ich bardzo gorąco. Oprócz nich wystąpili Jethro Tull i Saxon, ale frekwencja na ich występach była znacznie gorsza niż na Paradise Lost. Paradise Lost planuje więcej koncertów we wrześniu i może wtedy odrobią polskie zaległości.




Metal Hammer 10/1994

Paradise Lost zdobył uznanie fanów w rodzimej Wielkiej Brytanii dopiero swym ostatnim albumem Icon, podczas gdy na kontynencie już od dawna zespół ten ceniony jest bardzo wysoko. Grupa nagrała już sporo utworów na swój następny album. Z tego też powodu dość niekorzystne było ukazanie się EP-ki Gothic, zawierającej stare numery, nie odpowiadające obecnej stylistyce grupy - niezadowolenie z tego powodu wyraził lider zespołu, Nick Holmes.




Metal Hammer 11/1994

Sensacyjna choć niepomyślna wiadomość z obozu Paradise Lost. Na początku listopada zespół opuścił perkusista Matt Archer. Przypomnijmy, że grał on w PL od początku istnienia kapeli i tym samym jest to pierwsza poważna zmiana w składzie ekipy z Bradford. Za powód odejścia Matta podaje się konwencjonalne "różnice w spojrzeniu na muzykę". Równocześnie PL podkreślają, że :związek" został zakończony za zgodą obu stron. "Te sześć lat w Paradise Lost to było coś fantastycznego" - stwierdza Archer. "Życzę im wszystkiego najlepszego!" Tymczasem brak wieści na temat ewentualnego zastępcy Matta za bębnami. Podobno poszukiwania trwają. No cóż, żegnaj Matt !!! Ale… co dalej ? Na razie termin sesji nagraniowej nowego albumu i data jego wydania, nie uległy zmianie.




Metal Hammer 12/1994

Gdybyśmy zarejestrowali na demówkach materiał na debiutancki album - Lost Paradise, prawdopodobnie nie wydalibyśmy go, ale odsprzedali Mount Grishmackhowi - zwierzył się nam Nick Holmes - w ten sposób uzasadniając nagranie trzech kaset demo z utworami na piąty album Paradise Lost. Ponadto zdradził, że podczas sesji następcy Icon zatrudniony zostanie sesyjny "klawiszowiec" . Imię jego… jeszcze nieznane. Co z tekstami, Nick ? "Ostatnio bardzo interesuje mnie tematyka schorzeń psychicznych, jak i zawsze - śmierci. Fascynują mnie "głosy" schizofrenii, chociaż sam nie słyszę żadnych. Poza tym… pytania o sens życia i gdzie to wszystko prowadzi…" A to ci nowina!!!


ciąg dalszy wkrótce...





WYWIADY MP3




True Belief '97: Interview With Nick Holmes (1997)
True Belief '97: Interview With Greg Mackintosh (1997)
Program III Polskiego Radia: Interview Nick & Greg (2001)
Full Metal Racket: interview with Nick Holmes (2007)
Blabbermouth.net: Interview Greg (2009)




WYWIADY PRASA




Walls Of Fire (de.2005)
Rock Hard (de.2005)
Metal Hammer (pl.2005)
Heavy (de.2005)
Metal Hammer (pl.2005)
Rock Hard (de.2005)
Metal Inside (de.2005)
Oficjalne forum (uk.2004)
Mystic Art (pl.2003)
Thrash'em All (pl.2002)
Metal Hammer (pl.2002)
Thrash'em All (pl.2001)
Thrash'em All (pl.1992)
Thrash'em All (pl.1992)
Thrash'em All (pl.1991)
Nick o życiu we wszechświecie




MULTIMEDIA





wywiad z Nickiem w live.interia.tv ( program Piła - 2007 )

copyright by interia.pl





2





3





4



Rockster.tv - interview Nick i Jeff (2007)
NRV-TV - interview Greg i Nick (2007)
Getinthepit.fi - interview Aaron - part 1 (2007)
Getinthepit.fi - interview Aaron - part 2 (2007)
Radio Metal - interview Aaron (2007)
Metalhead.TV - interview Steve (2008)
Metalfan - interview Nick i Jeff (2008)
You Tube - interview Nick i Steve (2008)
Sonisphere Festival - interview Nick i Greg (2009)
Album Listening Session/Gelsenkirchen - interview Nick i Greg (2009)
Metal Gods TV - interview Nick i Greg (2009)
Riff-Mag.com - interview Greg (2009)
Lost In Prague - interview Nick i Greg (2009)




WYWIADY INTERNET



Interia.pl - wywiad z Nickiem 2000
Nuta.pl - wywiad z Nickiem i Gregiem 2001
Rockmetal.pl - wywiad z Aaronem i Gregiem 2001
Teraz Rock - wywiad z Nickiem i Gregiem 2001
Onet.pl - wywiad z Aaronem 2005
Onet.pl - wywiad ze Stevem 2005
Imagina.pl - wywiad z Gregiem 2007
Mrocznastrefa.pl - wywiad ze Stevem 2007
Stroeja.com - wywiad z Gregiem 2007
Lordsofmetal.nl - wywiad z Gregiem 2007
Metal-rules.com - wywiad z Nickiem i Gregiem 2007
Rumor.pl - wywiad z Gregiem 2007
Muzyczna.pl - wywiad z Gregiem 2007
Onet.pl - wywiad z Gregiem 2007
Onet.pl - wywiad z Nickiem 2008
Darkplanet.pl - wywiad z Nickiem 2009









KONCERTY RELACJE




11.07.2009 WĘGORZEWO ( Eko Union Of Rock Festival ) - Polska
09.10.2005 SOFIA ( Hristo Botev ) - Bułgaria
02.09.2005 OSS / Groene Engel / - Holandia
16.05.2005 HAMBURG / Markthalle / - Niemcy
14.05.2005 WARSZAWA / St. Syrenki / - Polska
13.05.2005 ŁÓDŹ / Dekompresja / - Polska
16.02.2003 BERLIN / Columbiafritz / - Niemcy
16.03.2002 KATOWICE / Spodek / - Polska
02.11.1997 WARSZAWA / Stodoła / - Polska
13.07.1997 LONDYN / Astoria / - Anglia
15.10.1995 KATOWICE / Hala AWF / - Polska
03.07.1995 SOPOT / M. Rock / - Polska




RECENZJE PŁYT




Lost Paradise
Gothic
Shades Of God
Icon
Draconian Times
One Second
Host
Believe In Nothing
Symbol Of Life
Paradise Lost
In Requiem
Faith Divides Us Death Unites Us




ALBUM MIESIĄCA



Metal Hammer (2005)