MYSTIC ART



Przed Wami Aaron Aedy. Fan George'a Harrisona, filmów gangsterskich z Hong-Kongu, gier komputerowych i Leeds United. A przy tym gitarzysta Paradise Lost, bardzo miły człowiek i -o czym zapewnia nie pytany- metalowiec z krwi i kości

MA - Nowa wytwórnia, nowa płyta - z czego bardziej się cieszycie ?

Aaron - Z płyty, rzecz jasna ! Nie mam co do tego cienia wątpliwości. "Symbol Of Life" to najlepszy album jaki kiedykolwiek nagraliśmy. Włożyliśmy w niego wiele pracy i pasji, więc czujemy się bardzo podekscytowani, widząc go na rynku. Sprawa zmiany wydawcy to rzecz raczej prozaiczna. Umowa z EMI, którą podpisaliśmy na dwie płyty, wygasła i zaczęliśmy rozglądać się za nowym wydawcą. Propozycji było kilka, ale GUN zaproponował najlepsze warunki i zdecydowaliśmy się na nich.

MA - Przedłużenie współpracy z EMI nie wchodziło w rachubę ?

Aaron - Raczej nie. Po wygaśnięciu umowy czekaliśmy na interesujące propozycje i ich również braliśmy pod uwagę. Ale EMI nie kwapili się z przedstawieniem oferty, pewnie dlatego, że ostatnio słono przepłacili z Robbiego Williamsa i Mariah Carrey ( śmiech ) Nie sądzę, by przy pracy nad następnym albumem Paradise Lost potrafiliby wykrzesać z siebie choć odrobinę entuzjazmu.

MA - Nie masz jednak wrażenia, że trafiliście z deszczu pod rynnę ? GUN to oddział BMG, dużej wytwórni, która podobnie jak EMI, dba przede wszystkim o gwiazdy pop z pierwszych miejsc list przebojów.

Aaron - GUN ma podpisany kontrakt dystrybucyjny z BMG, ale to w sumie niewielka firma, w której pracuje nie więcej niż 30 osób. Mają tylko jedną premierę miesięcznie, więc kiedy taka płyta wychodzi, wszyscy w firmie koncentrują się tylko na niej. Większość załogi GUN słucha rocka i metalu, niektórzy z nich to nawet starzy fani Paradise Lost, więc czujemy się jak wśród swoich. Ich postawa czyni z GUN firmę niezależną, ale zaplecze finansowe mają godne fonograficznego giganta. Swoją drogą, niewiele pozostało już naprawdę niezależnych wytwórni, chociaż niemal wszystkie lubią tak o sobie mówić...

MA - Nie zrozum mnie źle. Życzę Wam jak najlepiej i mam nadzieję, że za rok będziesz z równym entuzjazmem wypowiadał się o GUN.

Aaron - ( śmiech ) Ja również. Konflikty pomiędzy zespołami i wytwórniami wynikają głównie z tego, że wszyscy artyści są bardzo przeczuleni na punkcie swojej muzyki i dostają szału, kiedy ludzie z wytwórni próbują wpłynąć na zmianę stylu zespołu. Paradise Lost jest na scenie już tak długo, ma tak skrystalizowany styl, że nikt nie próbuje się wtrącać w nasze pomysły. Może nam ufają ? ( śmiech ) Przed każdą płytą mamy na sali prób wizytę delegacji z wytwórni, zawsze chcą wiedzieć, co tam kombinujemy. Na szczęście nigdy jeszcze nie zdarzyło się, by po przesłuchaniu nowych numerów którakolwiek z firm chciała coś zmienić. Zawsze mówią, że im się podoba. Jeśli coś nie jest zepsute, nie naprawisz tego.

MA - Płytę produkował Rhys Fulber, człek znany z formacji Frontline Assembly. Pewnie to jego zasługa, że brzmienie "Symbol Of Life" jest zimniejsze, mniej organiczne niż "Believe In Nothing"?

Aaron - Tak uważasz ? Moim zdaniem w nowej płycie jest znacznie więcej życia niż w "Believe In Nothing". Rhys zaangażował się w projekt, kiedy materiał był gotowy, jakieś cztery tygodnie przed wejściem do studia, więc miał znikomy wpływ na kompozycje, ale za to zafundował nam brzmienie najlepsze z możliwych. Dobrze trafiliśmy, bo okazało się, że Rhys jest wielkim fanem Paradise Lost od czasów "Shades Of God" i "Icon". Dzięki temu nie musieliśmy tracić zbyt wiele czasu na wyjaśnienia, on doskonale wiedział, o co chodzi w tym zespole i potrafił wydobyć z nas to, co najlepsze. Jego wkład w powstanie "Symbol Of Life" jest bezcenny.

MA - Powróciły niewieście wokale, na przykład w singlowym "Erased" - to dopiero niespodzianka !

Aaron - Niby dlaczego ? Nigdy nie twierdziliśmy, że rezygnujemy z żeńskiego głosu raz na zawsze, czekaliśmy tylko na napisanie odpowiedniego utworu. W trakcie aranżacji linii wokalnych do "Erased", "Mystify" i "Primal" pojawiły się partie, które zaśpiewane przez faceta brzmiałyby dziwacznie, natomiast w wykonaniu kobiety są jak najbardziej naturalne. Zauważ jednak, że nie ma mowy o powrocie do operowych wokaliz, bo takie w ogóle nie pasowałyby do tych numerów, brzmiałyby trochę wieśniacko. Poszliśmy więc w kierunku klimatów blues'owych czy nawet soul'owych i myślę, że w pełni zdało to egzamin.

MA - Na "Symbol Of Life" słychać również śpiew dwóch panów - Lee Doriana i Devina Townsenda. Tego ostatniego polecił Wam pewnie Fulber, bo o ile mi wiadomo, to dobrzy kumple.

Aaron - Zgadza się. Kiedy pracowaliśmy nad utworem "Two Worlds", Rhys oznajmił, że ma kolegę, który potrafiłby to doskonale zaśpiewać i tym znajomym okazał się Devin Townsend. Wyszło bardzo fajnie, a "Two Worlds" nabrało całkiem nowego kolorytu... Natomiast udział Lee Doriana w "Erased" to rzecz, która wynikła w sposób bardziej naturalny. Znamy się jak łyse konie z całym Cathedral, a z Lee jeszcze z czasów, kiedy śpiewał w Napalm Death. Kiedy nagrywaliśmy "Symbol Of Life" okazało się, że Cathedral w drugiej połowie studia rejestruje swoją nową płytę. Spotykaliśmy się więc po pracy w ogrodzie, wygrzewaliśmy się w słońcu, popijaliśmy drinki... aż pewnego dnia Nick zaproponował Lee zaśpiewanie paru linijek w "Erased". Lee natychmiast się zgodził, a w ramach rewanżu pozwolił Nickowi poryczeć trochę w jednym z numerów Cathedral. Ot taki miły przyjacielski gest...

MA - Podoba mi się okładka płyty. Można wiedzieć, co przedstawia ?

Aaron - A skąd ja to mogę wiedzieć ? ( śmiech ) Daliśmy artyście tekst do utworu tytułowego i tak wygląda jego wizja tego, co się tam dzieje. Wiesz jacy są artyści... Nam się ten projekt spodobał, bo doszliśmy do wniosku, że będzie dobrze wyglądał na koszulce.

MA - Teksty jak zwykle - pełne bólu i rezygnacji. Naprawdę jesteście tak niepoprawnymi pesymistami ?

Aaron - Myślę, że można nas nazwać pesymistami optymistycznie nastawionymi do życia ( śmiech ) W muzyce Paradise Lost znajduje ujście ciemniejsza strona naszych osobowości, można nawet powiedzieć, że to dla nas rodzaj terapii grupowej. Bywa jednak, że lubimy się pośmiać, uwielbiamy dobre komedie... Nie ciągnie nas jednak do śpiewania o kwiatkach i słoneczku, nic na to nie poradzę.

MA - Jesteście Anglikami, więc nawet gdybyście zaczęli śpiewać o kwiatkach i słonku, brzmiałoby to ponuro...

Aaron - Jasne ! Założę się, że Nick od razy wysmażyłby tekst o czarnej róży, która więdnie podczas zaćmienia słońca ( śmiech )

MA - Graliście w ubiegłym roku na festiwalu Metalmania i pozostawiliście po sobie niezbyt korzystne wrażenie. Wiesz chyba dlaczego ?

Aaron - Wydaje mi się, ze nie mieliśmy najlepszego przyjęcia, bo ludzie nie bardzo wiedzieli, jak sobie z nami poradzić. Nie mieliśmy długich włosów, nie wyglądaliśmy na prawdziwych metalowców, więc zostaliśmy potraktowani z dystansem. Zdziwiło mnie to uprzedzenie... Pamiętam nasz pierwszy występ na Metalmanii, w 1992 roku u boku Sepultury i Massacre - to było niesamowite przeżycie ! I tak naprawdę poza naszymi fryzurami, nic się w Paradise Lost od tamtego czasu nie zmieniło...

MA - Chyba mnie nie zrozumiałeś. Nie pytam, dlaczego publiczność źle Was przyjęła, ale o to, dlaczego Wy źle przyjęliście publiczność ? Niektórzy fani Paradise Lost mogli się poczuć urażeni aroganckim zachowaniem Nicka...

Aaron - Nie mam pojęcia co Nick wygadywał, bo machałem łbem i tylko to mnie interesowało, ale wiem, że było coś nie tak. Nick brał wówczas lekarstwa, których stanowczo nie powinien był popijać alkoholem. Niestety, zrozumiał to dopiero rankiem następnego dnia... Mogę Cię więc zapewnić, że na scenie nie do końca był sobą i nazajutrz dręczyły go spore wyrzuty sumienia.

MA - Nakładem Music For Nations ukazała się niedawno debiutancka płyta DVD Paradise Lost, zatytułowana "Evolve". Fajna rzecz, szczególnie dla fanów Waszych starszych płyt.

Aaron - Bo do nich jest adresowana ! Jako, że mieszkam w Londynie, na mnie spadło zadanie nadzorowania z ramienia zespołu tej produkcji i powiem Ci, że nieźle się ubawiłem, przekopując przez tony archiwalnych materiałów. Na "Evolve" trafił koncert ze Stuttgartu, ten sam, który ukazał się w 1994 roku na kasecie "Harmony Breaks" , koncert z Londynu, dziewięć teledysków, wywiady, ujęcia z prób i ze studia... Wyszła nam z tego bardzo długa płyta, ale i tak ze sporej ilości fajnych rzeczy musieliśmy zrezygnować.

MA - Wyszło DVD mające niewątpliwie sporą wartość historyczną, ale niewiele mówiące o tym, jaki jest Paradise Lost na początku XXI wieku.

Aaron - To prawda. Dlatego już rozpoczęliśmy pracę nad nowym DVD, które pokaże, co działo się z naszym zespołem po odejściu z Music For Nations. Niestety problem polega na tym, że nie będzie nam łatwo uzyskać zgodę EMI na wykorzystanie materiałów, które powstały pod ich kuratelą. Walczymy jednak dzielnie i mam nadzieję, że coś z tego wyniknie. W najgorszym zarejestrujemy jakiś fajny koncert z trasy promującej "Symbol Of Life" i na nim oprzemy to wydawnictwo.

MA - A właśnie, kiedy trasa ?

Aaron - Zaczynamy wczesną wiosną i zamierzamy jeździć po całym świecie do późnej jesieni. A wtedy zabierzemy się prawdopodobnie za komponowanie nowego materiału na następny album. W ogóle naszą przyszłość widzę usłaną różami ( śmiech ) To co robimy sprawia nam wiele radości, a przy tym "Symbol Of Life" wzbudził tak wielkie zainteresowanie, że teraz może być tylko lepiej. Jeśli nie teraz, to kiedy ?



Rozmawiał: Jarosław Szubrycht