13.05.2005 ŁÓDŹ / Dekompresja / - Polska



Piątek trzynastego... ja naprawdę nie jestem przesądny, ale ten dzień był naprawdę jakiś pokręcony (i to nie tylko ze względu na gorączkę oczekiwania na występ Raju Utraconego). Całkiem inaczej miał wyglądać ten wyjazd do Łodzi. W skrócie napiszę tak: z powodu awarii samochodu, którym (my, dumna i fanatyczna ekipa forum PL w składzie Admin, Deep_Sleep, Flying, Piter i ja) mieliśmy dojechać do Dekompresji, "uciekły" nam supporty i początek setu Paradajsów. Cóż, vis maior... ale nie poddaliśmy się i zobaczyliśmy naszych ulubieńców w akcji :D gdyby nie pomoc naszego Anioła Stróża w osobie Marka (pozdrawiam!), to nie zdążylibyśmy dosłownie na nic :/
Dekompresja jest niezbyt dużym, ale przestronnym i dobrze nagłośnionym klubem niedaleko stacji PKP "Łódź Kaliska". Parę dni przed koncertem było jeszcze aż 400 biletów, ale na szczęście w piątek lokal nie świecił pustkami - był wypełniony co najmniej w 2/3 (ok.600 osób).
O supportach - z wiadomego powodu - nie będzie nic poza tym, że wg słów innych set amerykańskiego Society 1 był chaotyczny i niezbyt interesujący, a izraelski Orphaned Land dał świetny koncert.

Pod klub podjechaliśmy przed 22.40 - PL grali już "So Much Is Lost". Faktycznie trochę straciliśmy, ale żywiołowe i rytmiczne (ba, wręcz metalowo-taneczne :P) wykonanie singlowego kawałka z płyty "Host" wciągnęło nas natychmiast w magiczną atmosferę tego wieczoru. Od razu zapomniałem o wcześniejszych kłopotach i z głupim uśmiechem psychofana zająłem miejsce, skąd było dobrze widać i słychać.
"Symbol Of Life" był kolejnym trackiem - zabrzmiał wręcz przytłaczająco, przemycając ten niepokojący, samobójczo-depresyjny klimat z płyty. Styl gry Jeffa (Singer; perkusja) bardzo pasował do tego utworu - urozmaicił jego koncertowe brzmienie; no i spore wrażenie mogła sprawić ta niezwykle miażdżąca i ciężka końcówka...
Potem nastąpiła mała niespodzianka w stosunku do oficjalnej setlisty - Nick (Holmes; wokal) zapowiedział "starszy kawałek z ery Draconian Times" - "Hallowed Land"!!! po cichu liczyłem właśnie na modyfikację setlisty w części dotyczącej Draconian Times, tak aby pojawił się właśnie "Hallowed Land". I nie zawiodłem się! "who are the prayers for..." wywołał ciarki na plecach, a solo wbiło nas kompletnie w podłogę. Pod sceną totalny amok - dziesiątki zadowolonych twarzy, śpiewy, krzyki i radość fanów; zespół również się nie oszczędzał i zagrał perfekcyjnie.
"Accept The Pain" był powrotem do prezentacji zawartości nowego albumu; wykonanie na żywo nie kojarzyło mi się już tak z A Perfect Circle, jak to ma miejsce z wersją płytową. Może też dlatego, że Holmes troszeczkę fałszował ;) W każdym razie odegrali to całkiem nieźle i całkiem sprawnie kapela porywała publikę do zabawy - niepokojący, hmm nawet trochę cmentarny klimat (ten odgłos zatrzymującej się akcji serca na monitorze EKG) przechodzący w rozpędzony, wściekły, metalowy song z charakterystyczną "płaczącą" gitarą.
Kolejny "No Celebration" to jeden z moich faworytów wśród twórczości PL - sugestywne studium ludzkiej beznadziei i braku porozumienia. Do tego został zagrany z tak ogromną dawką emocji, z tak narastającym napięciem i dramaturgią, że co wrażliwszym łzy zaczęły napływać do oczu; to była muzyczna podróż od subtelności do wściekłości i rozpaczy... utracony raj naszych marzeń...
I znowu coś z nowej płyty - jeden z bardziej dynamicznych utworów - "All You Leave Behind" - wykonany jeszcze mocniej, szybciej, z werwą i ogniem; największym zaskoczeniem była aranżacja partii klawiszy - tej w sumie na koncercie nie było - w zamian zabrzmiała doniośle przy refrenowym "let the sin go!" ścieżka orkiestry symfonicznej, co wytworzyło podniosłą i nieco patetyczną atmosferę. Pod sceną wytworzył się niezły młynek; solo Grega (Mackintosh; gitara) do spółki z tym, co Jeff wyczyniał na bębnach urywało głowy hehe.
O następnym kawałku wokalista powiedział, że jest to "pretty fuckin' old song"- kilka osób z tłumu dobrze prorokowało - absolutny klasyk i hit - "As I Die"!! Zaintonowany basem Steve'a (Edmondson; gitara basowa), przez cały czas swojego trwania, utrzymywał naszą świadomość na wyższym (prawie rajskim ;) ) poziomie. Każda nuta, każde słowo było idealnie wykonane. Publiczność też mogła trochę pokrzyczeć do mikrofonu "as I die" albo "shadows haunt the night". Myślałem, że spadnę z ławy, na której stałem. Zdarte gardło "zawdzięczam" głównie temu utworowi - nie mogłem się powstrzymać i nie powrzeszczeć z resztą :
Pierwszy wers "Shine" odznaczył się wpadką wokalną - na szczęście Nick zaczął jeszcze raz i było już lepiej, choć i tak pomyślałem, że ta kompozycja na koncert nadaje się średnio, chyba że jako chwila oddechu pomiędzy kolejnymi killerami. Co nie zmienia faktu, że w jego miejsce chętniej zobaczyłbym "Spirit" albo "Sun Fading" (żeby było na "S" :P). W dalszej części "Shine" brzmiało coraz lepiej - wraz z każdym stopniem wzmocnienia siły gitarowych riffów i bardziej zaangażowanym wokalem Nicka.
Takim zabójczym, dla naszej kondycji ;), utworem był następny "Enchantment". Zagrany wręcz identycznie jak na płycie - najwyższe słowa uznania niech spłyną na panów z PL. "Like a fever" odbijało się echem od ścian klubu. Spokojne, klasyczne już, intro na pianinie tylko podgrzało temperaturę - jak "gorączka" to "gorączka"! Stonowany i czysty śpiew Nicka był kontrapunktem dla ciężaru gitar (Greg+Aaron Aedy) i mocy perkusji.
Chóralno - gitarowy "Close Your Eyes" poradził sobie nienajgorzej w koncertowym żywiole - tu znów brawa dla Singera za świetne przejścia; harmonie gitarowo- klawiszowe zabrzmiały jak wzięte ze ścieżki dźwiękowej jakiegoś epickiego filmu - rozmach i elegancja jak u Hansa Zimmera.
Nieco wzniosły nastrój TEJ piosenki ("One Second") wprawia mnie zawsze w ekstatyczny nastrój- tym bardziej, że wykonanie go na żywo było jednym z lepszych jakie słyszeli nawet "starzy" fani PL (ani grama fałszu u Holmesa hehe). To było parę chwil na hipnotyczny taniec i trans zamiast headbangingu. "They fall alone..."

W tym momencie zakończyła się właściwa część koncertu i ekipa PL wśród ogólnego skandowania fanów zeszła ze sceny. Po paru chwilach oczekiwania przywołaliśmy ich z powrotem :)
Na pierwszy bis "Erased part 2" - tzn. "Forever After" naturalnie : Sądząc po reakcji fanów - znany i odśpiewany jak któryś ze starszych hitów - uznany już za jeden z ulubionych. Faktycznie koncertowe wykonanie było genialne - piosenka ta nabrała takiej mocy, że próżno jej szukać u wielu innych kapel. Zabawa była przednia; dało się słyszeć w tle dodatkowe wokale - niestety chyba z taśmy - a może to podśpiewującego sobie zawsze pod nosem Grega tak było słychać ;)) Z każdą chwilą Forever After rozkręcał się na lepsze; przebojowy refren sprawdza się idealnie w kontakcie w warunkach koncertowych.
Ostatni na nowej płycie i ostatni z nowości także na łódzkim koncercie, "Over The Madness" nie zawiódł oczekiwań oglądających to widowisko. Było mrocznie, posępnie, ale też delikatnie i wzruszająco. W tych kilku minutach Paradajsi zawarli całe spektrum emocji. A solo Grega przyćmiło nawet swoją studyjną (genialną wręcz) wersję! Temu człowiekowi Bóg naprawdę dał spory talent do gry na gitarze. Kolejny moment wyciskający łzy...
I niestety ostatni już... "The Last Time" szybko i bez zbędnych zwolnień zakończył ten koncert. "Hearts beating" z mikrofonem nad publiką połączony z widokiem na skotłowany tlum pod barierkami, miarowo skaczący do rytmu robiły nieziemskie wrażenie :) Kolejna solówka (trochę przygłuszona najpierw sprzężeniem sprzętu) na koniec nie pozostawiła wątpliwości co do tego kto jest naszym ulubionym gitarzystą.

Czym byłby koncert bez piwa i sklepików z gadżetami? To pierwsze dało niektórym (aż za bardzo) popalić hehe. Z kolei na stoiskach można było kupić koszulki, bluzy, a nawet stringi z logo i nazwą zespołu :D Przy swoim stoisku siedzieli panowie z Orphaned Land chętnie godząc się na rozmowy i wspólne zdjęcia.

Cóż więcej można napisać o tym cudnym koncercie? Na pewno to, że zespół był w świetnej formie, zagrał znakomity zestaw kawałków, mimo tego że opierający się głównie na nowszych kompozycjach, bardzo dobrze przyjęty przez przybyłych do Dekompresji fanów. Tym razem Nick stosował dość oszczędną konferasjerkę, nawet mało przeklinał, był bardzo skoncentrowany na występie. Za to Greg nie oszczędzał się - rozkręcał się z każdą chwilą, bujał się do rytmu, zachęcał publikę do zabawy, uśmiechał się - co za odmiana :D Steve z początku spokojny z każdą chwilą zachowywał się coraz dynamiczniej, choć nie tak jak kolega Mackintosh. Z kolei Aaron skupiony nad swoją gitarą grał tak jak przyzwyczaił nas przez wszystkie lata. Nowy nabytek zespołu - perkusista Jeff - pokazał klasę i udowodnił, że jest godnym następcą Lee Morris'a - mimo, że "uwięziony" za zestawem perkusyjnym, nawiązywał kontakt z fanami, uśmiechał się, a w trakcie "Over The Madness" na stojąco wybijał rytm, zachęcając jednocześnie do klaskania.
Następnego dnia w Warszawie podobno nie było gorzej... PARADISE LOST FOREVER!!!

PS. podziękowania: Marcin Florjański (Klub Dekompresja) za umożliwienie wejścia na koncert; Marek- za pomoc; pozdrowienia: PL psychofans :))

Setlista:

Don`t Belong
Grey
Erased
Redshift
Mystify
So Much Is Lost
Symbol Of Life
Hallowed Land
Accept The Pain
No Celebration
All You Leave Behind
As I Die
Shine
Enchantment
Close Your Eyes
One Second

Forever After
Over The Madness
The Last Time



DevilReD