14.05.2005 WARSZAWA / Stadion Syrenki / - Polska



Uznałem to za dopust boży: nie dość, że Paradise Lost stał się ostatnio jednym z moich ulubionych zespołów, to jeszcze miał zaszczycić Juwenalia w moim mieście i zagrać za darmo. Odliczałem dni, godziny i minuty. Ale po kolei. Wszyscy myśleli na początku, że PL zagrają jako gwiazda wieczoru - w końcu są gwiazdą światowego formatu i trochę nie w porządku, że miałaby im przypaść rola supportu. Potem, jak w sieci ukazał się oficjalny program imprezy, pomyślałem, że to jednak nie ta kapela i że doszło do zbieżności nazw zespołów, a media narobiły zbędnego hałasu. Okazało się, że to jednak ci Paradise Lost i że będą grali "aż" godzinę. Trochę to wszystko wydawało mi się podejrzane, lecz mój entuzjazm wcale nie opadł, a wręcz przeciwnie - rósł z każdym dniem.
Stadion Syrenki to miejsce za klubem Stodoła. Ot, plac usłany gdzieniegdzie trawą. Nic specjalnego - w soboty odbywa się tam giełda komputerowa i wcale tego miejsca nie uważam za szczególnie fascynujące. W tę sobotę pielgrzymowały tam tłumy metali i fanów rozmaitych rodzajów rocka. Wylewali się z metra, z autobusów i tramwajów. Następnie zatrzymywali się, aby przed wejściem wypić przywieziony ze sobą alkohol. Okolica błyszczała od jaskrawych kubraczków policjantów, lecz nikt sobie nic nie robił z faktu, że kilkadziesiąt osób spożywa piwo w miejscu publicznym.

Wszedłem na stadion jakoś po szesnastej. Za pół godziny miał grać Hunter, właśnie skończyły grać Elektryczne Gitary. Zaczęło się czekanie, które zaraz zostało ucięte coverem Metalliki "Enter Sandman". I tutaj jest moje pierwsze "ale" do Huntera: dlaczego zaczęli cudzym kawałkiem, w dodatku w niezmienionej wersji? Dlaczego nie mogli zagrać czegoś swojego, a Metallicę zostawić na bis? Trochę to dla mnie było bez sensu, ale zabieg zespołowi się udał i ludzie zaczęli się bawić.
Widziałem Huntera jakieś dziewięć lat temu jak grali przed Acid Drinkers i mi się podobali, lecz zaznaczam, że wtedy większość zespołów przypadała mi do gustu - chociażby z tego powodu, że można było przy nich pójść w tzw. młyn. Dlatego z rosnącą ciekawością przyglądałem się ich występowi i… zawiodłem się. Po pierwsze, wokal mi nie podszedł (teksty polskie tym bardziej), po drugie, gdy fajnie zaczynali dany kawałek, to zaraz dodawali jakąś porcję dźwięków, które w ogóle mi nie pasowały - i tak jeśli refren zasługiwał na uwagę, to zwrotki nie dało się słuchać i na odwrót. Ciekawym rozwiązaniem było zagranie ze skrzypkiem - facet wprowadził dużo smaczku do ich muzyki. Reasumując: nie słyszałem żadnej z płyt Huntera w całości, nie znam ich dokonań, lecz mogę z czystym sumieniem napisać, że po tym koncercie raczej nawet nie pożyczę jakiegokolwiek ich krążka od nikogo. Nie mój klimat, mimo, że zachowanie ludzi na Syrence dawało do zrozumienia, że mają już sporą grupę fanów. Po Hunterze nastąpiła rotacja: jedni poszli przepłukać gardła rozwodnionym piwem 0.4 litra za trzy złote, inni do toi-toiów z zupełnie innymi zamiarami. Na scenę przyszedł konferansjer i cos tam mówił, że sponsorzy, że ktoś tam, że coś tam. Oczywiście nikogo to nie interesowało. Przy barierkach robiło się coraz gęściej. Migają pierwsze światła, a techniczni sprawdzają gitary i perkusję. W końcu konferansjer zmył się ze sceny, uprzednio zapowiedziawszy Paradise Lost. Zaczęło się skandowanie. Wielu naprawdę na nich przyszło, wiele osób miało ich bluzki czy bluzy na sobie.

Weszli na scenę witani krzykiem fanów i lasem rąk. Tak zwyczajnie, z widocznym luzem. Gitarzysta Greg Mackintosh wygląda najmroczniej za sprawą swoich na nowo długich, kruczoczarnych włosów, wokalista Nick Holmes w zwyczajnych spodniach i koszulce sprawiał wrażenie zamyślonego, a basista Steve Edmondson i drugi gitarzysta Aaron Aedy byli wyraźnie w dobrych humorach i raz po raz uśmiechali się do publiki.
Zaczęli "Don't Belong" i "Grey" z nowej płyty. Nikogo nie trzeba było uświadamiać- zespół promuje swój nowy materiał ze swojej dziesiątej płyty - "Paradise Lost". Potem zagrzmiało "Erased" z poprzedniej "Symbol of Life". Ludzi nie trzeba zapraszać do zabawy - już pojawili się pierwsi surferzy, pierwsze osoby są ściągane z tłumu przez ochronę. Na tyłach trwa pogo - część osób się "kotłuje", inni skaczą. Po "Erased" - "Red Shift" z nowej, potem coś starszego - "As I Die" i wszyscy wpadli w amok. Dalej (pamiętam, co zagrali, ale kolejność nie jest najważniejsza, prawda? ;) było "So Much Is Lost", "Over the Madness", bardzo ciepło przyjęte "Enchantment" czy "One Second". Trochę mnie zasmucił brak czegokolwiek z "Icon" czy "Believe In Nothing" (co jak co, ale "True Belief" oraz "Mouth" by się przydały) oraz to, że Paradajsi zagrali aż trzy kawałki z "Symbol of Life", zamiast skupić się bardziej na jakichś swoich starociach."
Koncert trwał za krótko - po (około) godzinie zespół schodzi ze sceny, lecz wszyscy wiedzą, że to nie koniec. Zaczyna się ponowne skandowanie nazwy. Po chwili wychodzą i grają "Say Just Words", publika znowu odlatuje, lecz szybko wraca na ziemię - znowu schodzą ze sceny. Nie ma lekko. Tym razem konferansjer wchodzi na scenę i mówi, że jak ich "bardzo ładnie poprosimy", to wejdą jeszcze raz. I weszli, a jakże. Tym razem uderzyli z "The Last Time" i rzeczywiście był to koniec. Koniec trochę przykrótkiego, aczkolwiek perfekcyjnego koncertu. Już zacząłem czekać na kolejny ich występ w Polsce.

PS 1. Jak wiadomo, w brzmieniu PL bardzo ważną rolę odgrywają klawisze. Zespół na tej trasie stosuje "klawiszowy playback", aby nie zatrudniać sesyjnego muzyka. Jest to o tyle wygodne, że klawisze puszczone z sampli synchronizują się z tempem koncertu i o żadnej wpadce nie może być mowy.
PS 2. Zwracam honor organizatorom: gdyby Paradise Lost zagrali ostatni, po T. Love, tłok byłby nie z tej ziemi, a tak zagrali tylko dla swoich fanów, którzy wiedzieli co jest grane. Wyszło trochę kameralnie, nie festiwalowo, ale może właśnie dzięki temu super?



Michał Dąbrowski