02.09.2005 OSS / Groene Engel / - Holandia



Kiedy dotarłem na miejsce bylem nieco zdziwiony. Miasto Oss wygladało na 20-30 tysieczną mieścinę. Na ulicach o tej porze było prawie zupełnie pusto, a większość sklepów i barów pozamykana. Przez chwilę nie byłem pewien czy nie zbłądziłem, a potem naszło mnie czy aby na pewno dobrze sprawdziłem datę i miejsce występu Paradise Lost w Internecie.statnich kilku latach zespół nie próżnował, ale oddalił się w całkiem inne stylistyczne rejony, zachowując co najwyżej charakterystyczny dla siebie mrok. Nowy Paradise Lost jest odpowiedzią na wołania zawiedzionych fanów, którzy zwątpili w zespół już jakiś czas temu. Z kolei Ci, którzy poznali PL na którejś z lekkich płyt mogą czuć się zawiedzeni, jednakże guzik mnie to obchodzi. Brytyjczycy tym razem złożyli ukłon w stronę starszych słuchaczy. Słuchając tego albumu przypomina mi się atmosfera pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych, kiedy takie granie rozkręcało się na dobre, dzięki Anatemie, My Dying Bride, Tiamat czy właśnie Paradise Lost. Bardzo piękna, bardzo „paradajsowska” i co tu dużo mówić, świetna płyta. Proszę państwa król powraca w glorii i chwale !

Do klubu Groene Engel zawitałem okolo 19.00. od barmanki dowiedziałem się, że Paradise Lost wejdą na scenę około 22.00. Dużo czasu... Groene Engel zdawał się być lokalnym centrum rozrywkowym w Oss, jedynym miejscem w którym tętniło życie. Coś pomiędzy klubem, a tawerną - przyciągał ludzi w przedziale wiekowym od 15 do 65 lat. Na zewnątrz ogródek dla gości, piwo i luźna atmosfera piątkowego wieczoru. Sala koncertowa dla Paradise Lost otwarta od godziny 20.30. O 21.00 na scenie pojawił się support.

The Wounded zespół z Holandii, wyglądał na popularny choć ja o nich nigdy nie słyszałem. Ludzie dobrze się bawili przy ich muzyce i znali teksty - wszystkie po angielsku, które część publiki śpiewała z wokalistą. Muzycznie The Wounded kojarzył mi się trochę z Areną i Anathemą. Grali około 40 minut, a w ciągu tego czasu nie zaprezentowali więcej niż 8 utworów. Tylko jeden utwór przypadł mi do gustu. Krótki i szybki, reszta numerów to długie , nieco nużące, epickie ballady w stylu progresywnego rocka.
Nie robiłem zdjęć, bo goście fatalnie prezentowali się na scenie: wokalista stał gdzieś z boku, był gruby i niefotogeniczny, a reszta niestety wyglądała jak ...wymoczki. Przyjechałem tam na inny zespół.

Ustawianie sceny dla Paradise Lost trwało wieki. Techniczni stroili gitary po pięć razy. W dodatku między The Wounded, a Paradise Lost lokalny DJ zaproponował zgromadzonej gawiedzi taką dawkę metalowego łupania, która poziomem decybeli równała się hałasowi silnika odlatującego jumbojeta. W pewnym momencie miałem ochotę podejść do niego i rozłączyć mu kable od sprzętu.

Sam koncert Paradise Lost wypadł nieźle choć zespół wszedł na scenę, dopiero o 22.40 - dla mnie o wiele za poźno, bo miałem w perspektywie 180 kilometrową drogę powrotną do Brukseli. Ale czego się nie robi dla ulubionego zespołu... W dodatku Holandia i Belgia pełne są autostrad i puste oraz oświetlone w nocy więc gdy usiadłem za kółkiem poza lekkim zmęczeniem i przytkanymi uszami nie było źle

Paradise Lost jak można było się spodziewać otworzyli set numerem Don't Belong. Już od samego początku po muzykach widać było, że są maksymalnie zrelaksowani i chyba lubią grać w Holandii. Nick żartował, zagadywał i nawet dwa razy się uśmiechnął, w tym raz po prostu zaśmiał na to co ktoś do niego powiedział z publiki! Niestety fani w Holandii to zupełnie inna publiczność niż w Polsce. Byłem na PL dopiero drugi raz - pierwszy w Poznaniu, i teraz mogłem porównać dwa odmienne narody. Kiedy w Poznaniu PL pojawili się na scenie ludzie oszaleli. Stałem pod sceną i natychmiast zostałem zgnieciony, i tak, ledwo żywy, przeskakałem cały koncert. W Oss ludzie stali spokojnie, popijając piwo w odległości od siebie o jakieś pół metra, a nawet cały metr. Niektórzy trochę nawet się poruszali i śpiewali, ale to zupełnie nie to co u nas!
Ja sobie chodziłem spokojnie z aparatem po całej sali (niestety nie wypełnionej po brzegi tak jak w Polsce) i robiłem zdjęcia. Większość czasu spędziłem po stronie Grega, stojąc od niego o jakiś metr. Włosy mu urosły, ale oczywiście nie byłby sobą gdyby nie zrobił z nimi czegoś głupiego: wygolił sobie boki i przez to jego blada twarz wyglądała na większą, grubszą i nalaną. W ogóle cały był jakiś gruby, duży i straszny. Może wciąż jeszcze chory? Nick z kolei wyglądał jak elegancik przy całej reszcie. Spokojny i opanowany, i w jakichś takich ciemnoczerwonych, czy bordowych spodniach z materiału nie bardzo pasował na wokalistę zespołu gothic metalowego. No i niestety momentami coś mu z głosem nie wychodziło: wysokie partie wokalu zdarzało mu się skrzeczeć i niestety momentami nie brzmiał najlepiej. Za to w As I Die trochę zaryczał i publika była oczarowana.
Jeff Singer był raczej słabo widoczny zza swojej perkusji, za to dobrze słyszalny, ponieważ pozwolił sobie na swoją interpretację niektórych utworów, które oryginalnie grali jego poprzednicy: Matt Archer (As I Die) i Lee Morris. Z głośnym aplauzem spotkało się na przykład jego przejście i akcenty w Hallowed Land (fragment z pianinem).
Niestety ogólnie rzecz biorąc nagłośnienie nie było najlepsze. Aaronowi siadła gitara na dwie minuty w Enchantment co bardzo na tę chwilę zubożyło ten świetny kawałek. Jako ciekawostkę mógłbym podać, że najlepiej z całego setu zabrzmiał So Much is Lost. Nie przepadam jakoś strasznie za HOST, ale to był jedyny numer gdzie zmienili trochę aranż i wyszło naprawdę bardzo ciekawie, rockowo, mocno ale też i melodyjnie. Poza tym podobał mi się Greg który w tym numerze się trochę wygłupiał i dla jaj odwalił coś w stylu gejowskiego tańca. Wywijał biodrami i głową i w charakterystyczny sposób machał ręką. Widziałem, że to rozbawiło ludzi.
Ja sam byłem trochę rozczarowany, że nie zagrali nic z Believe In Nothing. Nie było też Embers Fire, ani Dying Freedom choć ktoś się domagał i krzyczał: Embers Fire!!!

Ogólnie koncert oceniam następująco: na plus należy zaliczyć set - Paradise Lost zagrali dobre numery (mimo braków z BiN - pojawiły się za to moje ulubione z Draconian Times). Cieszyło też zachowanie Nicka i ogólny luz muzyków oraz dobry kontakt z publiką.

Na minus: Holendrzy się nie umieją bawić tak jak Słowianie. Za mało w nich szaleństwa, a za dużo piwa i trawy. Nie najlepsze nagłośnienie i problemy techniczne Aarona psuły odbiór dobrze dobranej playlisty. Na koniec, koncert zaczął się zbyt późno i być może to oraz zbyt głośna muzyka spowodowały ospałość publiki. Występ skończył się punkt dwunasta w nocy.

Oto playlista PL:

1. Don't Belong
2. Grey
3. Erased
4. Hallowed Land
5. Redshift
6. So Much Is Lost
7. Symbol Of Life
8. Accept The Pain
9. Spirit
10. Forever After
11. All You Leave Behind
12. As I Die
13. Shine
14. No Celebration
15. Mystify
16. One Second
17. Enchantment
18. Over The Madness

Bisy :

19. True Belief
20. Say Just Words




Tomek Wojciechowski