10.07.2009 WĘGORZEWO / Eko Union Of Rock Festival /



Jest wieczór 11 lipca 2009, w krainie wielkich jezior, w mieście Węgorzewo. Ptaki odleciały w raczej spokojniejsze miejsce, by móc wsadzić dzioby w swoje własnościowe pierzyny i zmrużyć oko przed nadejściem świtu. Komary za to jakby się nakręciły nadejściem tego co nieuchronne i cięły jak oszalałe. Ale komu to przeszkadzało. Niektórzy ze stojących na miejscu koncertowym dzielnie odganiało insekty a inni byli już tak znieczuleni, że było im wszystko jedno...Na wielkiej scenie techniczni podłączali i stroili instrumenty. Co raz to zazgrzyta gitara a to zagrzmią bębny lub bas. To jeszcze bardziej potęguje atmosferę oczekiwania na to co zaraz się tu wydarzy. Tłum stoi i czeka... instrumenty gotowe, jeszcze tylko kolega techniczny rozkleja na podłodze sceny kartki z setlistą. „Zgromadzenie” przed sceną zaczyna skandować dwa wyrazy które, znaczą wszystko dla oddanych fanów tych muzyków: Paradise Lost…Paradise Lost… Raj Utracony krzyczy „tysiąc” gardeł… Wreszcie zapada ciemność na scenie i cisza. Jeszcze chwila… już tylko małe strzępki czasu dzielą nas od tego na co czekamy… na pierwsze dźwięki z głośników… Przed sceną wybuchają dwa wielkie słupy ognistych iskier… zaczęło się. Jest tajemniczo, raczej spokojnie pomimo wyrywających się jeszcze z tłumu okrzyków a czarną przestrzeń rozświetlają tylko dwa słupy iskier przed sceną. Ogniste słupy powoli maleją i gasną, staje się znowu ciemno a do uszu zgromadzonych dobiegają melancholijne dźwięki utworu intro… jest jeszcze bardziej tajemniczo. Muzyka płynąca w tej chwili ze sceny przyprawia o dreszcz - jest to raczej mroczny utwór a zawodzący, niski kobiecy głos odśpiewuje jakąś przygnębiającą arię. Tak, to ten klimat… poczujcie się jakbyście utracili Raj… Intro pomału cichnie, na scenie są już Oni a z głośników rozdzierają powietrze pierwsze takty „Hallowed Land”. Tak zaczęło się… teraz już na pewno, dźwięki przeszywają nie tylko uszy ale muzykę czujesz w całym ciele. Światła to rozbłyskują z całą mocą i ferią barw, to znów w półmroku kołują i snują się po scenie. Ekipa z raju…utraconego wybuchła chyba z całą mocą jaką posiadały wielkie ściany głośników. Gdy skończyli pierwszy utwór, po krótkim „hej” na powitanie od Nicka i czymś w stylu bezradnej skargi na „…fucked mosquitos” ;-) grupa rozpoczęła „Erased”. Ale i tym nie udało się im wymazać (erased-wymazany) podniecenia i szaleństwa pod sceną, gdzie kłębił się tłum „Zgromadzonych”. Następnie na scenie Nasz Raj Uwielbiony ;-) rozniecił „Embers fire”. Gitary rozdzierały uszy a dźwięk basu i bębnów na pewno wszyscy czuli w swoich klatach z piersiami. Światłość jaka biła mocno ze sceny, wysuszała oczy a to znów robił się mrok i majaczyły po podłodze i w powietrzu jakieś świetlne kształty lub rózgi promieni cięły ciemność. Kiedy skończyli – łyk zimnej (chyba, bo było gorąco) wody i teraz naprawdę ciężko z „ In Requiem” – „Ash & Debris”. I rzeczywiście po wykonaniu tego utworku z takim czadem jaki „fabryka dała” wydawać by się mogło, że z Węgorzewa faktycznie pozostaną tylko popiół i gruzy (Ash & Derbis). Ale nie… Fani jakby wiedzieli, że to w końcu musi się stać i coraz głośniej z tłumu wydobywało się donośne As I Die… As I Die… Zespół spełnił żądanie „Zgromadzonych” – jest „As I Die”. No stary ale jakże mocno osadzony w każdej setliście utwór, który jest na pewno jednym ze sztandarowych kawałków Paradise Lost. W każdym razie to jeden z tych utworów, bez którego na koncercie się nie obejdzie! Doskonale znany rytm i „Gregor’owe gitarówki” w zwrotkach oraz motyw przewodni, deklamowany zgodnie przez fanów -As I Die- tworzą z tego utworu hit koncertowy, choć niewątpliwie i bez tego można go tym mianem określić. Sztandarowo, zawodowo. Na scenie gorąco, światła smagają swymi promieniami muzyków i ich fanów tworząc całkiem niezłe widowisko muzyczno wizualne. I pod sceną gorąco, kłębowisko ludzkich ciał, ręce podniesione do góry, rytmiczne kołysanie głowami i typowe rzucanie włosami (kto miał). Prawie We Die… aż po chwili… jeszcze lepiej – „Eternal”, i jeszcze większe szaleństwo pod sceną. Charakterystyczne dźwięki gitary Grega wwiercają się w uszy tworząc w głowie słuchających coś na kształt małej ekstazki tych, co są z Paradise’ami od ich początku. Niejeden pewnie stary fan (jak ja) przypomniał sobie teraz domówki z albumem „Gothic” na kasecie, w sprzęcie do grania. Się robi błogo… No zagrali nam, zagrali. Warto było tu być. Widać że chłopy są w formie a co jeszcze fajniejsze to to, że widać też, że i oni dobrze bawią się robiąc to co tu, dzisiaj w Węgorzewie można zobaczyć. Zwłaszcza jeden, jak zawsze świetnie czujący się na scenie z tym co może dać innym… i jak widać też i sobie. Mowa o gitarzyście - Aaronie, który na każdym gigu PL sprawia wrażenie całkowicie oddanego muzyce którą gra. Wczutego w wygrywane rytmy składające się na całą misterną kompozycję, każdego utworu urodzonego przez Paradise Lost. Wdać że zespół i ta muza jest jego życiem (jak i wielu innych ludzi z pewnością ;-)) i widać że bycie na scenie sprawia mu przyjemność. Ale nie wytrącajmy z błogostanu i radości z koncertu – bo to jeszcze nie koniec. Następnie Nick i spółka zaserwowali nam nieco wolniejszy klimacik - „Forever Failure”. Wolniej i melodyjniej, nostalgicznie ale równie mocno plus melodyjne wokalizy Nicka. Pokazał, że jak zawsze, potrafi zaśpiewać ;-). Fajny utworek, fajne zmiany tempa i jakby pasaże gitarowe, oczywiście zagrane troche mocniej niż na płycie. I jeszcze w podobnym klimacie: „Pity The Sadness” a po nim „Enchantment”. No naprawde spora dawka pozytywnych aczkolwiek ciężkich i klimatycznych wibracji znad skraju otchłani ;-). Muzyka i reszta tego show naprawde wywiera wrażenie. A teraz troche ciężej – „Rrrrrequiem” z dużym naciskiem na wcale nie brytyjskie „R” Nicka, bo tak zapowiedział ten utwórrrrrr. Moc i miażdżące riffy i rytmy tego utworu, przy którym pod sceną zawrzało jeszcze mocniej, zostały za chwile załagodzone prawie rockowym i lekko elektronicznym „One Second”. Prawie każdy utwór grany dzisiaj przez muzyków z Paradise Lost, był troche przyprawiony „elektroniką”. Tam gdzie to było potrzebne były podkłady klawiszowe i innych instrumentów oraz odpowiednie wstępy do utworów – jak na płytach. Pełen profesjonalizm – co też oddawało majestat i moc tego (i każdego) koncertu. A na domiar „złego” całą resztę niesamowicie uzupełniały pokazy świateł, w swej całej palecie barw i efektów oraz z całą mocą, towarzyszące każdemu utworowi, którego dźwięki dziś nas napełniały. Panowie – szacunek! Dali z siebie wiele dla nas, mimo że Nick coś tam wspomniał że jechali do nas w sumie 25 godzin! Chyba licząc z tą rozgrzewką w Szwecji, dzień przed he he ;-). Ale beż żartów – Panowie, ponownie szacunek! No i powiedzieli Thanx i Bye i zeszli ze sceny. Jeszcze w uszach brzmiała melodia ostatniego kawałka, bo niewątpliwie „One Second” melodię posiada ;-) a już tłum pod sceną zaczął wywoływać muzyków z powrotem. Na scenie było troche poświaty z reflektorów, spod sceny dobiegało głośne „Paradise Lost”… powietrze stało w miejscu jak przed burzą… I rzeczywiście wyszli ponownie i zagrzmiało – „Newer For The Damned” burza mocnych, ciężkich dźwięków, ulewa światła ze sceny i głos Nicka – „Nigdy dla potępionych” (Newer For The Damned). Trzewia „Zgromadzonych” znowu rozdarte, Węgorzewo znowu się trzęsie, Raj, siódmy cud świata, mazurska kraina znowu poddana władaniu bezlitosnych głosów ze sceny. Potem troche spokojniej – bardziej rockowo, by Nick mógł powiedzieć choć słówko – „Say Just Word”. No i już na sam koniec tego wydarzenia, by dobrze zapamiętać jak to robią Panowie z raju (utraconego), dostaliśmy łomot w postaci „wrogich” acz jakże przyjaznych dla nas fanów, dźwięków „The Enemy”. I to już naprawde koniec jest – „Thank You, Good Night” od zespołu i schodzą ze sceny. Greg jeszcze, zdjąwszy z ramienia swoją gitarę, pokazał ją publiczności wskazując na nią palcem. Chyba jest z niej zadowolony J a może chciał powiedzieć: „zobaczcie to jest moja gitara, gitara z Polski”- Polak potrafi! ;-). A może jedno i drugie, bo to już Jego kolejna gitara naszej rodzimej firmy. Setius7 dziś w jego rękach był tym narzędziem, którego Greg używał, by zrobić nam wszystkim „dobrze” ;-). Zarówno Jego jak i gitara Aarona wróciły dziś na chwile do miejsca z którego ich rodowód. Jeśli nie wiecie o czym teraz mówię, warto sprawdzić na jakich instrumentach grają Ci muzycy. Ale to tak na marginesie… Greg wyrzucił kostkę w strone publiczności, wykonał ruch ręką od czoła w geście pożegnania i jako ostatni znikną za kulisami. Cisza… To już koniec… słowo ciałem się stało… ale teraz już znowu utraciliśmy swój raj. Zespół zniknął w ciemnościach, nie ma już ich na scenie a techniczni rozłączają i wynoszą sprzęty. Koniec KONCERTU, Wielkiego Koncertu, Koncertu na który tu przybyliśmy. Było naprawde niesamowicie a tym bardziej dla kogoś, kto już dawno nie widział zespołu na żywo. Panowie z Paradise Lost dali niesamowity koncert, który miał dość ciekawą oprawę wizualną, co w sumie tworzyło bardzo udane widowisko. Ale najważniejsza była muzyka. Nick i spółka spowodowali, że ich muzykę nie tylko można było usłyszeć ale i poczuć w całym ciele. Ciekawie ułożona setlista, doskonałe brzmienie na żywo i moc z jaką zagrali przyniosła nam wiele wrażeń – niezapomnianych wrażeń. Pewnie nazajutrz ryby z mazurskich jezior wypłyną rankiem, nieco śnięte… od ich nadmiaru a wspomniane na początku ptaki, będą świergolić w rytmie „Eternal”.

Krzysztof Moskalik