15.10.1995 KATOWICE / Hala AWF / - Polska



Najpierw była przerwa. Nieznośne trzydzieści minut oczekiwania. Może trochę więcej. Nieważne. I tak trwało to wieczność nieskończoną - dopóki "technika" nie znikła z pokładu. Potem nastąpiła "nieznośność jeszcze gorsza, bo spotęgowana do granic wszelakich. Wiadomo, że choć wszystko gotowe, a muzycy tkwią za kulisami, na scenę wyjdą dopiero wtedy, gdy te nieprzekraczalne granice zostaną przekroczone. Tak - wiadomo. A jednak, wiedząc o tym, najczęściej daję się podpuścić i ulec temu nastrojowi oczekiwania tak intensywnego, że w powietrzu niemal słychać trzaski elektryczności. Lecz kiedy już zgasną światła... ...nie dzieje się nic ! Kompletna ciemność i ryk fanów. Dopiero po sekundzie fioletowe reflektory rozpoczęły widowisko, myszkując po ścianach, suficie i publiczności wespół z mrocznymi dźwiękami specyficznego, "pożyczonego" intro. Wówczas pojęłam zamysł artystyczny tkwiący w scenografii, ograniczonej do płacht szarego materiału, zwisających wokół sceny i wyglądających tak, jakby pastwił się nad nimi Charles Manson. Podświetlone na fioletowo dawały efekt przeniesienia do zasnutego pajęczynami grobowca?... starego kościoła?... innego wymiaru rzeczywistości? Cokolwiek to było, "Enchantment" wpasował się w to miejsce znakomicie, doprowadzając publiczność do wrzenia. "Ooooooh, like a fever - fever inside of meeeeeeeeee!!! Zaintonował Nick Holmes na rozpoczęcie spektaklu i chyba nie było na sali nikogo, kto nie odczuł tej "gorączki wewnątrz siebie". Natomiast jej sprawca zachowywał się początkowo dosyć powściągliwie. Ubrany nietypowo ( przynajmniej w stosunku do wersji z poprzednich tras ): w brązowe dżinsy i koszulkę w czarne gwiazdki ( !!! ), wokalista ograniczył się do skromnej gestykulacji i... śpiewania. Minęły już wszak czasy, kiedy można to było nazywać "mruczeniem"... Umiejscowiony po lewej stronie Greg Mackintosh dla odmiany niczym nie odstępował od ustalonej od lat "mackintoshowej" konwencji : wysoka, czarna postać, spowita płaszczem z włosów. Prawdziwie diabelski image! Do tego lekkie kołysanie w wolnych i machnięcia "piórami" w szybszych utworach. Z prawej strony - coraz bardziej ruchliwego Holmesa - Steve Edmondson ze spokojną, stoicką miną i Aaron Aedy, który - jak sam przyznał - po zrzuceniu kilku kilogramów powrócił do swego zwykłego stroju - kreacji " bez koszulki". Aaron jest też tym, który na scenie bawi się najlepiej, jakby na własny użytek i absolutnie spontanicznie. Czy uwierzycie, że angażuje się do tego stopnia, ze zdarza mu się połykać łzy w co bardziej nastrojowych numerach? Zaś przy "Shades Of God" rozkleja się już zupełnie. Tego wieczoru w Katowicach też dał niezły popis - kręcąc morderczo "piórami", ruszając się charakterystycznie w swoistym niby-tańcu i ...śpiewając, choć tylko dla siebie. No bo to w końcu domena sir Nicholasa, który - zaopatrzony w bezprzewodowy mikrofon - zarezerwował dla siebie środek sceny. Mimo bezkabelkowego urządzenia po staremu wyczyniał harce ze stojakiem mikrofonu. Jak to sir Nicholas zresztą... Z biegiem czasu i utworów stawał się też coraz bardziej aktywny. Po krótkim przywitaniu - dalsza jazda : "I See Your Face", podczas którego wybuchło prawdziwe szaleństwo świetlne i "publicznościowe" oraz nieco spokojniejszy, aczkolwiek z serii "niesamowitych" - "Hands Of Reason". Wtedy zza perkusji wyskoczyły dwa promienie zielonego światła, a Nick - stojąc w ich centrum - obwieszczał " but wait for tomoooorow and steal some saaanity..." Dreszczyk na plecach i jak tu się powstrzymać, by nie wykrzyczeć razem z nim : "As I now faaaall... fall into deprivaaaation!!!" Cała sala śpiewała. O tym, że widzi krew - również. A w tym momencie światła trysnęły czerwienią. Podobno w Katowicach oprawa świetlna była ograniczona i na pozostałych koncertach można było zobaczyć więcej sztuczek, ale.. i to wystarczyło, aby zapomnieć o świecie za ścianą. "Cause I see key the horrooooooor, horror to think aboooout!!!" Brawo, "Mickey-Ten-Od-Świateł". A tu przerwa na cytat z Księgi Marudy pt. "Icon". Rozdział zatytułowany "Remembrance". Krótki rozdział, po którym znów powróciły "Drakońskie Czasy". I pytanie - "Czy wiesz, że to jest prawdziwe?" Odpowiedź nastąpiła w dynamicznym - "Shadowkings", podczas którego to utworu Nick miotał się pomiędzy odsłuchami z przodu sceny i podium z perkusją - w głębi. Tu należy dodać, że Lee był zupełnie niewidoczny za imponującym zestawem perkusyjnym, ale jego "stopy" ,ożna było odczuć głęboko w żołądku. Po nagłym uspokojeniu... rozległ się głos zza grobu... Gwałtowne wtargnięcie instrumentów i... "Yoooouuuuu must feel frustraaaaaation!!!?, czyli to na co wszyscy czekaliśmy i czego nie mogło zabraknąć - "Forever Failure". Niski pomruk Nicka. Zimne fioletowo - szare światło. Skupienie na twarzy Grega. Jego kosmiczna solówka. "Aaaaare you foreeeeever?". Znów partia gitary. Na scenie bezruch. Nick zastyga i jakby z niedowierzaniem przysłuchuje się głosowi, który wygłasza tę demoniczną kwestię : "I'don't really know what sorry means..." Chwila ciszy. I wybuch emocji. Wydaje się, że więcej już znieść nie można. "Jesteście zmęczeni?" Holmesowi nie sposób odmówić wyczucia chwili. Tymczasem maszyna popędziła już dalej. U celu - "Hallowed Land", a następnie nieoczekiwana zmiana nastroju w nieoczekiwanym numerze z "Shades Of God" - "Pity The Sadness". Pulsująca widownia to najlepsza odpowiedź na to energetyczne uderzenie. Po nim - dłuższa przerwa. Pusta scena. Muzyka w tlle. I znów - błądzące po sali światła. Uderzenia powodujące drżenie żołądka. Coraz mocniejsze. A oto i Lee z pierwszymi taktami "Embers Fire". Wreszcie zabawa z publicznością. Zespół wystartował ponownie, serwując kolejne utwory : "Yearn For Change" ( TEN klimat!! ) i "Shades Of God" ( TEN KLIMAT!!! ), by wreszcie przemknął wariacki - "Once Solemn", który... zakończył oficjalnie koncert "Paradajsów". Jednakowóż rozbawiona publiczność nie miała zamiaru pożegnać ich tak szybko. Tupanie i skandowanie wywołało ich po chwili ponownie i nastapiła "dokładka". Po pierwsze - "As I Die", którego chyba - sądząc z min muzyków - nie było w planie. Odzew z jakim spotkał się ten utwór musiał przekonać ich o słuszności decyzji. Po drugie - "True Belief" - kolejny "ikonowy" super-przebój. Niewiele brakowało, abyśmy nie usłyszeli go do końca, bo Holmes tak się zapomniał, wsłuchując w swój nieziemski wokal, że... upuścił mikrofon - wprost do "fosy" i przy okazji tuż koło mnie. Jako uczciwy obywatel oddałam znalezisko, choć teraz żałuję. Może po rozmontowaniu okazałoby się, ze to właśnie tam siedzi ten "paradajski" diabełek, od paktu z którym raz podpisawszy ( ...usłyszawszy?... ) nie sposób się uwolnić? No i w ogóle - świetna pamiątka - mieć w domu "gardło" Nicka Holmesa, prawda? Ale przepadło... Nick odzyskał "gardełko" i dośiewał "True Belief" do końca. A zakończenie było imponujące - przez chwilę mruczał klęcząc, po czym położył się na deskach sceny, całkowicie kryjąc się za odsłuchami. Powstał jednak, aby zaśpiewać " po trzecie". Było to "The Last Time. I był to... amok! Tudzież wspólna zabawa. "Ostatni raz". Ostatni utwór. Ostatni riff. Krótkie "dziękujemy!" i koniec. Definitywny. To był jeden z tych koncertów, po których nie chce się wracać do domu. To był jeden z tych koncertów, po których nie chce się wracać do rzeczywistości. Nawet "long live Paradise Lost!" już nie działa. Po prostu nie chce się wracać...

Enchantment
I See Your Face
Hands Of Reason
Remembrance
Shadowkings
Forever Failure
Hallowed Land
Pity The Sadness
Embers Fire
Yearn For Change
Sweetness
Shades Of God
Once Solemn
As I Die
True Belief
The Last Time




Katarzyna Krakowiak, Metal Hammer