ALBUM MIESIĄCA



Tak, tak i jeszcze raz tak !!! To jest Paradise Lost, który uwielbiam, szanuję i cenię. Wszystkie zapowiedzi o powrocie zespołu do czasów Icon i Draconian Times okazały się być prawdą. Niestety czasami rzeczony powrót okazuje się drastyczną ucieczką od przeszłości zespołu, jak w przypadku ST. Anger pewnej znanej grupy na „m”. Ale taka sytuacja nie ma miejsca w przypadku nowego dzieła Brytyjczyków. Ta płyta jest wręcz genialna i zawiera materiał, który w moim mniemaniu jest logiczną i słuszną kontynuacją Draconian Times i po tymże albumie, powinien się był ukazać. A tak w zamian dostaliśmy nijaki One Second, nudne elektro granie na Host i rockowe pitolenie na dwóch kolejnych krążkach czyli Symbol Of Life oraz Believe In Nothing. Ale wygląda na to, że Nick Holmes z kolegami wzięli się w garść i poszli po rozum do głowy. Doprawdy nie sądziłem, że ta płyta tak mnie zauroczy, a tak już od ponad tygodnia nie wyciągam jej z odtwarzacza. Jak zatem prezentuje się Paradise Lost anno domini 2005 ?

Zaczyna się delikatnie, od partii klawiszowych, które mogą kojarzyć się z Enchantment. Po chwili dochodzi do naszych uszu subtelny głos Nicka, a całość przechodzi w bardzo emocjonalny refren z potężnie brzmiącymi gitarami i wokalami rodem z Draconian Times. I to brzmienie… Mocne, klarowne i cholernie melodyjne, aż ciary przechodzą po plecach, a to dopiero początek. Don’t Belong ustępuje monumentalnemu Close Your Eyes, który wwierca się w umysł ciężkim, miażdżącym wręcz riffem gitarowym z mroczno-niepokojącym tłem klawiszy. To naprawdę ciężki numer, co najlepiej świadczy o nawróceniu się zespołu na właściwą drogę. Zgodnie z tytułem utworu zamykam oczy i daję się porwać melodii, która zdaje się płynąć. W ten sposób docieram do Grey, utworu, który w zamiarach miał być pierwszym singlem z płyty. Tutaj już szybsze tempo i Nick śpiewający „I’m doing it for myself, not somebody else”. Nad tym wszystkim unosi się atmosfera smutku, nostalgii i melancholii. To jest ten stary, dobry Paradise Lost, zachwycający, czarujący i refleksyjny. Utworem, który jako pierwszy reprezentuje nowy album jest Forever After, równie żywy, który brzmi nieco jak skrzyżowanie Say Just Words, który znalazł się na One Second z nieśmiertelnym The Last Time. Aż mogę sobie wyobrazić jak Forever After wypadnie na koncertach, które zresztą PL mają zagrać u nas w maju. Podobnie All You Leave Behind – chyba najszybszy, z szarpanymi gitarami, efektowną linią klawiszy i świetną pracą garów. Po drugiej stronie znajdują się totalnie dołujące, przesycone smutkiem walce, które wywołują ciarki na plecach. Mowa tu o Sun Fading oraz Over The Madness. Ten pierwszy z genialną, płaczącą gitarą solową wplecioną w porywający rytm mógłby bez problemu znaleźć się na Icon lub Draconian Times. Według mojej osobistej oceny będzie to hicior na miarę True Belief czy Forever Failure. Kończący płytę Over The Madness z kolei przytłacza atmosferą, ciężarem i jest doskonałym zwieńczeniem tej jakże pięknej i wyjątkowej płyty. Pozostałe tytuły wypełniające „Paradise Lost” również nie odstają od reszty. Ta płyta to zapewne będzie jedno z najważniejszych wydarzeń tego roku. W ostatnich kilku latach zespół nie próżnował, ale oddalił się w całkiem inne stylistyczne rejony, zachowując co najwyżej charakterystyczny dla siebie mrok. Nowy Paradise Lost jest odpowiedzią na wołania zawiedzionych fanów, którzy zwątpili w zespół już jakiś czas temu. Z kolei Ci, którzy poznali PL na którejś z lekkich płyt mogą czuć się zawiedzeni, jednakże guzik mnie to obchodzi. Brytyjczycy tym razem złożyli ukłon w stronę starszych słuchaczy. Słuchając tego albumu przypomina mi się atmosfera pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych, kiedy takie granie rozkręcało się na dobre, dzięki Anatemie, My Dying Bride, Tiamat czy właśnie Paradise Lost. Bardzo piękna, bardzo „paradajsowska” i co tu dużo mówić, świetna płyta. Proszę państwa król powraca w glorii i chwale !



Artur Cymara