|
Nick Holmes wspomina wieczór spędzony pewnej nocy w pubie : - "Początki Paradise Lost to spotkanie z Gregiem. Byłem w pewnym klubie, a uściślajac w toalecie tegoż klubu, ha, ha... Kurcze, stałem i myłem ręce, kiedy zobaczyłem gościa, który miał na koszulce logo Kreatora. Myślałem, że to jakieś przywidzenie, ale później okazało się, że koleś był prawdziwy. Kiedy opuściliśmy tamto miejsce, podszedłem do niego. Musiałem przecież poznać kolesia, który słuchał Kreatora. Może to niektórych zdziwi, ale kilka lat temu nikt u nas takiej muzyki nie słuchał, a spotkanie osoby, która kojarzyłaby jakąkolwiek nazwę zespołu metalowego, graniczyło niemalże z cudem. Kilka dni później spotkaliśmy się ponownie. Zaczęliśmy włóczyć się po okolicy. Greg zapoznał mnie ze swoimi kolegami. Oni mieli własną "paczkę". Wszyscy trzymali się razem, wszyscy słuchali podobnej muzyki. To właśnie w tej grupie poznałem Matta Archer'a, Aarona Aedy i Stephena Edmondson'a. Naszym głównym zadaniem w tamtym okresie było bieganie za skinheadami, przesiadywanie w pubach, a po powrocie do domu słuchanie pożyczonych kaset."
Tak rodził się Paradise Lost, który za oficjalną datę swej działalności przyjął marzec 1988 roku. Wówczas żaden z członków kapeli nie mógł pochwalić się czymś wyjątkowym. Greg i Aaron grali na gitarach od roku. Staż Matta za bębnami wynosił sześć miesięcy, zaś Nick jako wokalista posiadał doświadczenie niemalże ...zerowe !
Jednak próbom nie było końca. Wtedy ich największymi inspiracjami były głównie dokonania Kreatora, Celtic Frost, Candlemass, Black Sabbath i kilku formacji o charakterze typowo undergroundowym jak np. Morbid Angel, czy Repulsion.
LOST PARADISE: Zdobywszy pozwolenie na granie w małym pomieszczeniu, praktycznie całymi dniami przesiadywali zamknięci w czterech ścianach, układając nowe kawałki.
Po kilku miesiącach nagrali pierwsze demo "Frozen Illusion" podpisując swój pierwszy kontrakt z Hammy'm z Peaceville. W międzyczasie też po raz pierwszy wystąpili przed publiką rozgrzewając ją przed punkową imprezą w jednym z angielskich pubów! To były czasy! Fanziny rozpisywały się na temat Paradise Lost z uznaniem przyznając najwyższe noty.
Dzisiaj utwory z "Frozen Illusion" ( "Paradise Lost", "Internal Torment" ) uważane są za klasyki gatunku...
Poprzeczka jaką postawili sobie chłopcy z Wysp, była trudna do przeskoczenia, ale na laurach nie mogli spocząć. To nie było w ich stylu. Rządni tworzenia muzyki, przygotowali nowy materiał, który złożył się na pierwszy pełny album "Lost Paradise", który ukazał się w połowie 1990 roku.
Wspaniale było dorastać w rytmach Paradise Lost. Nieco starsze pokolenie szczycić się może odkrywaniem Led Zeppelin, czy Deep Purple, ale początek lat 90-tych miał swój niepowtarzalny urok i nikt temu nie zaprzeczy. Jak ktoś stwierdził kilka lat później : - "już na pierwszej płycie Paradise Lost można było dostrzec zalążki ich późniejszego geniuszu..."
GOTHIC: Rok 1991 skierował Paradise Lost na nieco inny tor. Porzucili twarde, nieociosane dźwięki i podążyli ku muzyce bardziej przemyślanej i dojrzalszej, choć w dalszym ciągu utrzymanej w ciężkiej formie. "Gothic", bo o tym wydawnictwie mowa, przyniósł takie perły jak "Eternal", "Gothic" czy "Silent".
Najbardziej docenione dzieło dziesięciolecia rozbrzmiewało echami opuszczonych katedr w gotyckiej ciemności rozmiękczanej strofami smutku. Wielkie dzieło, dla którego do dzisiaj nie istnieją jakiekolwiek bariery czasu! To był album, które przeszedł najśmielsze oczekiwania samych muzyków, a do stworzenia go doprowadziła ich twórczość The Sisters Of Mercy i Celtic Frost. Śmiały pomysł połączenia ciężkości i brutalności ekstremalnej muzyki z melodiami, melancholią i tajemniczym klimatem okazał się strzałem w dziesiątkę.
Gotycką mroczność materiału podkreśliły chropowate wokalizy Nicka Holmes'a, który wyrastał na jednego z najlepszych deathowych wokalistów.
Album "Gothic" jasno sprecyzował muzyczną opcję Paradise Lost : charakterystyczną i niespotykaną. Dał też początek całej fali stylistyczno-muzycznej, inspirując wiele młodych grup. Bezpośrednio z ukazaniem się "Gothic" zespół wyruszył na pierwsze prawdziwe europejskie tournee.
SHADES OF GOD: Trzecia płyta Paradise Lost ukazała się latem 1992 roku. Zmiany, zmiany, zmiany...Różnego rodzaju, bo i muzyczne i biznesowe. Po wydaniu "Gothic" wygasł kontrakt z Peaceville Records, zaś zespół nie był zainteresowany jego odnowieniem. Wybór padł na Music For Nations. Z perspektywy czasu decyzja ta okazała się niewątpliwie słuszna, gdyż odtąd działania Paradise Lost nabrały prawdziwego rozmachu.
"Shades Of God" to płyta bardziej zbliżona do tradycyjnego heavy metalu. Dostojeństwo tego krążka raziło mrokiem, a okładka namalowana przez Dave'a McKean'a, autora komiksów, przynosiła wyobrażenia o innych wymiarach ludzkiej egzystencji. Wokalizy Holmes'a natomiast coraz bardziej zaczęły przypominać "prawdziwe" śpiewanie. Zespół wyruszył też po raz pierwszy za ocean grając u boku takich kapel jak Morbid Angel i Kreator. Ukazują się również pierwsze teledyski do kultowych już dzisiaj utworów "As I Die" i "Pity The Sadness".
HOST: Po powrocie z amerykańskiej części trasy mówiło się już tylko o jednym : o "Icon" ! Porównując wszystkie dotychczasowe wydawnictwa Paradise Lost nietrudno zauważyć analogię między "Icon" i "Gothic". Obydwa te albumy były tak samo nowatorskie, "hitonośne" ( "Icon" : "Embers Fire", "Widow", "True Belief" ) i odbierane wręcz z frenetycznym entuzjazmem. Aczkolwiek "Icon" góruje nad swoim poprzednikiem dojrzałością kompozycji i profesjonalizmem wykonania. Niewątpliwie brzmienie "Icon" otarło się o coraz mocniej akcentowaną przez Paradise Lost perfekcyjność. Kompozycje są spójne i klarowne, choć momentami mocno rozbudowane. Klimat tajemniczy i niepokojący. Melodie przesuwają się jak w kalejdoskopie, którego ruchem kierują gitarzyści.
Narodziło się nowe granie, które w rytmicznych, melodyjnych riffach niosło mieszankę radości i smutku. Tym albumem zespół zaczął prezentować coś zupełnie nowego, bardziej rockowego, coś co było bliskie absolutowi !
Pod koniec roku 1994 zespół opuścił dotychczasowy perkusista Matt Archer. Jego miejsce za bębnami zajął Lee Morris.
DRACONIAN TIMES: W roku 1995 ukazał się kolejny album zatytułowany "Draconian Times", czyli dwunastoutworowy, nieprzerwanie perfekcyjny ciąg paradajskiego geniuszu. To album nie mający słabych punktów, nie posiadający utworów reprezentacyjnych. No bo jak tu wybierać pomiędzy "Enchantment" i "Forever Failure" ? Albo "Elusive Cure" i "Once Solemn" ? Tudzież "Shades Of God" i "Jaded" ? W każdym razie jest to niemożliwe...
O "Draconian Times" można by pisać długo i obficie. Można by pisać o rewelacyjnym brzmieniu. O magii buchającej z obrazu na froncie okładki. O znakomitej grze Lee Morrisa, który wypełnił lukę, jaką stworzył Matt Archer, dotarłwszy do szczytu swych możliwości. O melodiach sprawiających, że ciarki przebiegają po plecach. O filozoficznym aspekcie poezji Holmes'a. O jego wokalnym rozwoju i tym co osiągnął i prezentuje na "Draconian Times". O ścieżkach kompozytorskich Mackintosh'a. O jego grze na tym albumie. Wreszcie o tym wszystkim co składa się na geniusz i magię tego wydawnictwa.
Geniusz i magia. Nie są to słowa obce dyskusjom i recenzjom twórczości Paradise Lost. Pojawiły się w kontekście innych albumów, np. "Icon". Rzecz w tym, że to nigdy nie jest ta sama magia i ten sam geniusz. Są inne. Choć nie tylko inne. Są z płyty na płytę coraz większe...
ONE SECOND: Sensacja? Chyba za dużo powiedziane, ale niespodzianka to już właściwe słowo określające kolejną produkcję Paradise Lost - "One Second", czyli ...technologiczny gothic i kolejny krok naprzód. Totalnie inne podejście do muzyki, nowe brzmienie, produkcja, w której wyczuwa się elementy grania elektronicznego.
Zaskoczeniem były takie kompozycje jak np. "Another Day" z niskim nastrojowym wokalem, lekką gitarą i prowadzącym kawałek basem - coś zupełnie niespotykanego jak dotychczas w muzyce Paradise Lost. Albo "The Sufferer" - elektroniczny, klawiszowy początek, potem odrobina bardzo melodyjnego metalu i znowu technologiczne dźwięki samplera. Jak twierdzili sami muzycy te zmiany spowodowane były zmęczeniem materiału jakim było ciągłe gitarowe ciężkie brzmienie. Na "One Second" gitara prowadząca nie jest tak agresywna, nie wysuwa się na pierwszy plan oddając czasem pole do popisu klawiszowi, który z instrumentu do budowania tła stał się niezwykle istotną częścią muzyki Paradise Lost.
Najlepszą wizytówką całej płyty jest tytułowy "One Second" - pokazuje nową twarz zespołu, a jednocześnie ma jeszcze wiele wspólnego z muzyką z czasów "Draconian Times". Podobnie jak zdecydowanie najszybsze i najbardziej gitarowe "Soul Courageous". Reszta albumu to już totalnie inne brzmienie - techniczne, samplerowe, wyczyszczone, perfekcyjne. Te zmiany miały wprowadzić zespół na zupełnie nowe horyzonty jego twórczości, udowadniając przy tym po raz kolejny, że Paradise Lost to Bogowie Gotyku...
HOST: Jest rok 1999. Kontrakt z Music For Nations dobiega końca, więc Paradise Lost przechodzi do jednej z najpotężniejszych wytwórni muzycznych na świecie do EMI. Następne lata zapowiadają się więc rzeczywiście odmiennie.
Kończąc na "One Second", zespół nigdy nie stronił od zmian i rozwoju swojego unikalnego, melancholicznego i wpływowego brzmienia. Patrząc wstecz, siła Paradise Lost rosła pomimo niechęci do mediów i kreowanego przez nie obrazu.
Powstaje kolejny pełny album, który nosi tytuł "Host". Jak wyznaje Greg Mackintosh : - "album ten jest bardzo ciężki, lecz nie pod względem brzmienia, lecz panującej na nim atmosfery". Prasa porównuje go do dokonań takich zespołów jak New Order, czy Depeche Mode. Greg Mackintosh jednak twierdzi : - "rzecz w tym, że są to grupy elektroniczne, które zwróciły się ku rockowemu graniu. Dołączyły gitary do swojego brzmienia. My poszliśmy w odwrotnym kierunku. Jesteśmy grupą gitarową, która coraz chętniej sięga po instrumenty klawiszowe. Nie staramy się brzmieć jak ktokolwiek. Przeciwnie. Chcemy różnić się od innych tak bardzo, jak to tylko możliwe".
Album "Host" nasączony jest gotycką atmosferą, melancholią i smutkiem ( "Nothing Sacred", "Harbour", "Year Of Summer" ) . Nowe brzmienie gitar ( "Permanent Solution", "Behind The Grey" ) sprawia, że Paradise Lost nadal są kreatywni, lecz już nie dla gotyckiego metalu, ale dla gotyckiego dark wave. To nowy wymiar muzyki.
BELIEVE IN NOTHING: W dwa lata później Paradise Lost w pewnym stopniu powraca do korzeni albumem "Believe In Nothing". Na pytania dziennikarzy : - "Fani metalu, są przeważnie dość konserwatywni, lubią trzymać się jednego kierunku..." odpowiada Nick Holmes : - "My kiedyś byliśmy tacy sami. Swego czasu słuchałem tylko i wyłącznie metalu. Jednak z biegiem czasu człowiek dojrzewa, otwiera się. Dojrzewaliśmy już grając w zespole i to słychać na naszych kolejnych płytach. Nie da się o nas powiedzieć, że należymy do jednego obozu i nie wysuwamy nosa poza jego granice. Nasze upodobania muzyczne są zróżnicowane. Słuchamy niemal wszystkich rodzajów muzyki, czerpiemy inspiracje, skąd się da. Dobra, lubimy gothic, lubimy ten mrok, który jest esencjonalną cechą muzyki Paradise Lost, ale do jego tworzenia nie zawsze musimy używać wyłącznie ciężkich brzmień gitarowych. Domyślam się, że trudno jest być fanem takiego zespołu jak nasz, ale z drugiej strony za wytrwałość czeka Cię większa nagroda niż w wypadku kilku innych kapel..."
Każdy eksperyment Paradise Lost odciska swoje piętno na następnych albumach. Melodyjne, gotyckie i ciągle metalowe utwory z "Believe In Nothing", są w rozsądny sposób podbarwione elektroniką. Nastroje psychodeliczne, smutno-tęskne linie wokalne w zestawieniu z ostrymi gitarami dają coś w rodzaju metalowego trip hopu. Te ostre gitary też nie są zawsze takie same - czasem ultranowoczesne, industrialne, innym razem delikatniejsze, bardziej alternatywne.
Znakomita płyta i znakomity przykład otwarcia i wielowymiarowości Paradise Lost ( "I'm Nothing", "Look At Me Now", "Sell It To The World", "World Pretending" ). Zresztą cała "Believe In Nothing" zostawia po sobie takie wrażenie.
SYMBOL OF LIFE: Wraz z "Symbol Of Life" Paradise Lost dokonał kolejnego przełomu, tworząc album bezwzględnie ponadczasowy. Na dobre powróciły gitary - w tym charakterystyczne wiosło Grega - powróciły w otoczce wręcz monumentalnych, pełnych namaszczenia efektów pracy Fulber / Reely. Tutaj należy wspomnieć o kolejnej przeprowadzce Paradise Lost tym razem z EMI do Gun Records.
Dawno nie ukazała się tak bombastyczna produkcja, o niesłychanie szerokiej, pełnej tlenu przestrzeni - uzupełnionej przez potężne, soczyste brzmienie obu gitar - wspartych kapitalnie głębokim basem Stephena Edmondsona i rewelacyjnym brzmieniem bębnów Lee Morrisa.
Nowe kompozycje Paradise Lost są czystym majstersztykiem, kwintesencją mocnej, mrocznej, aczkolwiek bardzo przejrzystej muzyki. Nick po raz kolejny udowodnił jakiej klasy jest wokalistą. "Erased" to jeden z absolutnych faworytów na tej płycie - mocna rockowa rytmika, w tle lekki klawisz i samplowane przestery. "Pray Nightfall" ma w sobie sporo typowych rajskich odcieni smutku i melancholii - Nick z pewnością zaśpiewał go bardzo odważnie. W "Mystify" Nick kolejny raz z Joanną Stevens ( "Erased" ) wypada rewelacyjnie, także dzięki temu powraca mroczny, żałobny akcent, przeciągnięty na wprost rewelacyjny "No Celebration". "Channel For The Pain" jest momentami chyba najbardziej rozpędzonym utworem na tej płycie, dzięki czemu album ten kończy się dosyć optymistycznie, ale jeszcze długo po tym, jak w przestrzeń ulecą ostatnie jego dźwięki, można być przytłoczonym masywnością i wielkością tej muzyki. Bez dwóch zdań, jedna z najlepszych - w ogóle - płyt ostatnich lat...
Paradise Lost are the champions of rock and melancholic metal !! Na początku roku 2004 dochodzi do kolejnej zmiany perkusisty w zespole. Grającego na tym instrumencie od 1995 roku Lee Morrisa, zastąpił Jeff Singer, który wcześniej udzielał się w grupie Blaze. Jak stwierdził Morris i zespół, dalsza ich współpraca stała się w pewnym momencie niemożliwa i to nie tylko na tle odmiennych upodobań muzycznych. Singer, który miał już udział w nagrywaniu kolejnego albumu, jak na razie nie został oficjalnym członkiem zespołu.
PARADISE LOST: Ze swoim dziesiątym albumem, Paradise Lost ląduje ponownie na szczycie "muzycznego smutku". Droga obrana na "Symbol Of Life", czyli w stronę bardziej metalowych piosenek została tutaj jeszcze bardziej rozbudowana. Mroczny i melancholijny nastrój ciągnie się przez całe dwanaście numerów, które są ponownie bardzo " hitonośne" i podkreślają wyjątkowość zespołu. Ten pokazuje się świadomie ze swojej ostrzejszej strony, elektroniczne elementy są tylko drugorzędne - to powoduje, że w nagraniach jest bardzo dużo dynamiki. Piosenki, jak pędzący "All You Leave Behind" mają pewną atmosferę płyty "Icon", a hymny jak "Grey" równie dobrze mogłyby znajdować się na tym wspaniałym poprzedniku. Frontman Nick Holmes ponownie wywołuje swoim wokalem ciarki na plecach, jego charyzmatyczny głos jest, aż tak naładowany emocjami, że rzeczywiście można poczuć strach. "Forever After" - piosenka do której chłopaki nakręcili klip jest pędzącym Gothic Rock numerem. Wokalistka Heather Thompson dostarcza tutaj dodatkowej atmosfery. Na temat nowego perkusisty, Nick Holmes powiedział : „Nagrywanie z nim przebiegało naprawdę dobrze !” po czym dodał już na temat nowej płyty : „Materiał ten, będzie zdecydowanie najcięższym naszym albumem jaki zrobiliśmy w ostatnich dziesięciu latach”. Warto tutaj przypomnieć, że jest to już dziesiąty album w historii Paradise Lost, a jego nazwa została nadana w hołdzie dla pierwszego, wydanego w 1990 roku „Lost Paradise”. Generalnie materiał na „Paradise Lost” jest mocno zróżnicowany i bardzo wszechstronny stylistycznie, panuje na nim niejednostajny klimat, jak zupełnie inaczej miało to miejsce w przypadku „Host”, czy „Believe In Nothing”. To jakby zbiór tego co zespół prezentował do tej pory gdzieś od wysokości „Icon”, choć z pewnością nie jest już to ta sama atmosfera, po prostu nie te czasy. Jeśli chodzi o same utwory, to nie ma tutaj zdecydowanego faworyta. “Redshift”, “Sun Fading”, “Accept The Pain”, “Over The Madness”… naprawdę, ciężko wskazać. Jedno jest pewne, zespół Paradise Lost jest żyjącym mitem, który ponownie topuje każdy, nawet świetny album innego bandu !
IN REQUIEM: Ile jest takich zespołów, które owiane legendą i poddane przemijającemu czasowi wciąż wznoszą się na wyżyny twórczych możliwości ? Ciężko stwierdzić, ale z całą pewnością należy do nich Paradise Lost ! Wielu próbowało rozwodzić się nad fenomenem tej muzyki; dzisiaj minęły już wieki od debiutu i legendarnych albumów Gothic i Icon, a ciągle wydaje się, że tych kilku muzyków jest permanentnie wciąż o jeden krok do przodu, uzyskując swoim charakterem status nieosiągalnego dla nikogo kultu... Śledząc dotychczasowe dokonania, można odczuć nieodparte wrażenie czasoprzestrzennej podróży jaką dokonuje Paradise Lost na tle muzycznego świata zainspirowanego smutkiem, nostalgią i melancholią, jednak wszystko to uszyte jest w barwy niesamowitej powagi i nietuzinkowej atmosfery.
In Requiem to album nad wyraz spójny pod względem brzmienia, ale też o wiele bardziej rozbudowany od swoich kilku poprzedników ( Believe In Nothing, Symbol Of Life, Paradise Lost ). To jak bestseller, który chłonie się od dechy do dechy, a taką rangą wcześniej można było uznać albumy: Gothic, Icon, Draconian Times, Host. Gdzieś napisano, że to kolejne Boskie Tchnienie, które sprawia, że wciąż chcemy słuchać tej płyty. To Boskie Tchnienie, które powoduje, że umysł wchodzi na zwiększone obroty. In Requiem to twór bardzo przemyślany, prawie perfekcyjny, kipiący emocjami i wyszukanym nastrojem. Jest momentami bardzo mroczny, ale też porywający, czasem melodyjny i zarazem tajemniczy, wreszcie potężny i wręcz hipnotyzujący! Mało jest zespołów, które mając w dorobku ponad dziesięć albumów, na kolejnym tworzą utwory, które można umieścić w dziesiątce swoich najlepszych i choć w przypadku Paradise Lost wydaje się to wręcz niemożliwe, to jednak takie perełki jak Never For The Damned trzeba wyselekcjonować szczególnie. Nie obyło się również bez innowacji takich jak choćby bardzo oryginalnego Ash & Debris, czy monumentalnego Your Own Reality. Od razu trzeba także zwrócić uwagę na bonusy zawarte w limitowanej wersji, czyli po mistrzowsku wykonany cover Missing, a i także skłaniający się ku dawnym dziejom via Shades Of God utworze Sons Of Perdition. Dużą niespodzianką dla polskich fanów był utwór The Enemy, zagrany po raz pierwszy w historii na żywo i to właśnie na polskiej scenie ( Metalmania 2007 ). Wraz ze swoją muzyczną niesamowitością In Requiem powala wokalnymi dokonaniami Nicka Holmesa; tak różnorodnych barw frontman Paradise Lost nie zostosował jak dotąd nigdy wcześniej na żadnym z albumów, które pod tym względem były raczej bardziej jednolite, choć co jest już wizytówką Holmesa, zawsze zaskakiwały nowymi wszechstronnościami. Gitary na In Requiem to poezja brzmienia, nad którym czuwał po raz kolejny Rhys Fulber i dzięki któremu tym razem, utwory stały się mocno rozbudowane i na co czekali od dawna fani, naszpikowane solową wirtuozerią Grega Mackintosha. W trakcie sesji nagraniowej zespół powrócił do pięcioosobowego składu. Jeff Singer, po przerwie spowodowanej odejściem Lee Morrisa w 2005 roku, został wreszcie pełnoprawnym członkiem zespołu.
Podsumowując, o ile ostatni krążek przywołuje echa dawnego oblicza zespołu, to album In Requiem całą swoją potęgą przywołuje czystego ducha najprawdziwszego gotyckiego grania jaki w dzisiejszych czasach jest zapominany. To współczesne apogeum wyznaczające dalszy kierunek dla tego stylu. To wciąż dowód na to, że Paradise Lost jest nieśmiertelny...
OPRACOWANO NA PODSTAWIE MATERIAŁÓW Z MAGAZYNÓW MUZYCZNYCH: Metal Hammer, Jazgot, Terrorizer, Thrash'em All PORTALU INTERNETOWEGO: powermetal.pl ORAZ MYŚLI TWÓRCZEJ AUTORA STRONY
MULTIMEDIALNA HISTORIA ZESPOŁU:

AUTOR: Małgorzata Gołębiewska
|